* * *
W dzisiejszym odcinku dawnych reportaży historycznych chcielibyśmy zaprosić Państwa do przeczytania jednego z rozdziałów książki napisanej przez Romana Kosełę pt. „Sandomierskie strony”. Dowiecie się, jak wyglądało życie w naszym regionie prawie sto lat temu. Współcześnie Połaniec, Osiek czy Staszów to miasta rozwijające się, każde w odpowiednim tempie. Jednak przedwojenna rzeczywistość malowała się w zupełnie innych, bardzo mrocznych barwach.
Książka, wydana przez warszawskie Towarzystwo Wydawnicze „Rój” to tak naprawdę wstrząsający reportaż o naszej małej ojczyźnie. Nie znajdziecie w nim jednak dumnych opowieści o wielkich bitwach czy bogatych rodach. To historia o skrajnej biedzie, walce o przetrwanie i ludziach mieszkających w… ziemiankach. Odsłania bardzo trudną prawdę. Zamiast bogatego, królewskiego grodu, autor opisuje miasteczko boleśnie doświadczone przez los. Czytamy o tym, jak szwedzki potop zamienił 400 domów w zaledwie setkę ocalałych budynków. Zaglądamy do upadających warsztatów szewskich i tkackich.
W tym morzu biedy znajdujemy jednak barwne, niemal filmowe epizody. Poznajemy na przykład burmistrza Wścieklicę. Ten sprytny włodarz postanowił ratować budżet Połańca i zorganizował dwa nowe jarmarki. Efekt? Cała okolica wpadła w półroczny, radosny ciąg biesiadny, co wywołało ogromny skandal aż u samego gubernatora. Autor opisuje upadek lokalnego przemysłu i beznadzieję zwykłych chłopów. Pokazuje też bolesny kontrast. Z jednej strony mamy głodujące dzieci jedzące zupę z chwastów. Z drugiej obojętnych urzędników, którzy martwią się tylko o wygodny dojazd pociągiem na wakacje.
Zapraszamy Was do lektury tego poruszającego dokumentu. Dla zainteresowanych przeczytaniem całej książki mamy niespodziankę. Możecie ją pobrać w formacie PDF na końcu artykułu.
“Krzyż na bateriach”,
Warszawa, 1939 r.
(pisownia oryginalna)
Na wysokim wzgórzu, stromą krawędzią spadającym ku Wiśle, pod Połańcem, na wydmuchowie, na który skoro śmierć przyszło, to z rozpaczy zawyła straszliwym głosem i zdechła, taka tu pustka, krzyż stoi, na kopcu usypanym rękami chłopskimi ku czci Naczelnika Tadeusza Kościuszki. Krzyż taki sam, jak i tysiące innych krzyży, gęsto po Polsce rozrzuconych. Chłopy go sandomierskie wzniosły z wdzięczności za pierwszy krok prawny ku ulżeniu ich doli, za Uniwersał Połaniecki…
Połaniec, Półłańcz – prastare osiedle, prastary też gród. Wraz z sandomierskim św. Mikołajem powstaje przed rokiem tysiącznym na grodzie tutejszym również św. Mikołaj, patron wędrowców, kupców, co wodnym i lądowym królewskim szlakiem po towary i z towarami rozjeżdżali. Pobok grodu na stromym zboczu urwiska nadwiślnego winnica siadła i podgrodzie, które, chociaż tu ziemie piaszczyste, rozwijało się tak dobrze, że po pierwszym najeździe tatarskim trzeba mu było dać prawo miejskie.
Dobrze wiedział pan Jan Kochanowski, czemu nie należy przyjmować kasztelanii połanieckiej. Wprawdzie to tylko drążkowa kasztelania, lecz przecież senatorskim rodem jest ten, kto ją dzierży. A jednak nie przyjął jej. Zapewne z dorady swego stryjca, również Jana Kochanowskiego, zwanego Wrykiem, co na biskupiej podsandomierskiej Złotej dzierżawca siedział: lepiej być dworzaninem opata koprzywnickiego, jak to zrobił inny znów Jan Kochanowski, czy nawet pisarzem grodzkim sandomierskim, co się zdarzyło w tym samym czasie jeszcze innemu Kochanowskiemu, również Janowi, synowi Jana Wryka Kochanowskiego, lepiej było nawet przy kiepskim handlu z mieszczany sandomierskimi oberwać nawet i mieczem po głowie, co się przytrafiło Janowi też Kochanowskiemu, lepiej to było, niż na połanieckiej kasztelanii dorobek rodzinny i majętnostkę, własną pracą uciułaną, przejadać. Toć to powiadają starzy ludziska, że po stworzeniu świata diabeł, gdy chciał Panu Bogu na złość zrobić, nasypał piasku w trzech miejscach: w Opoczyńskie, pomiędzy Łagów a Osiek, no i pod Nisko… A pan Jan Kochanowski, choć to i poeta i z takim utraciuszem, jak przesławny łyk sandomierski, a jeszcze sławniejszy musicus Sacrae Regiae Maiestatis, Mikołaj Gomółka, w dobrej przyjaźni żył i nawiść ku niemu wielką miał, przecież coś i po ojcu odziedziczył: wprawdzie nie dusigroszostwo i skłonność ku lichwie, lecz ostrożność we wszystkich majątkowych sprawach. Nie przyjął daru, nie został senatorem, bo naprawdę przy tej godności diabli by wzięli napewno Czarnolas.
Na zachód od Sandomierza przy Pokrzywiance kończą się ziemie dobre i średnie, odtąd zaczyna się pas piasków jako tako rodzących, na razie poprzerywanych łatami glinek nawianych i namułów rzecznych, które ostatecznie giną pod Osiekiem, owym sławnym z prawdy, sądów i babskich rządów Osiekiem. Dalej idą już ziemie liche, podmokłe, to znowu ciągną się suche piachy, gęsto przytrząśnięte krzemieniem lub lasem. I lud tu biedny, a przez to i niezaradny. Przemysłu brak, gdyż trudno uważać za przemysł dychawiczną, ledwie zipiącą serowarnię dworską w Łoniowie i dwa czy też trzy młyny motorowe. Taki to bogaty fabryczny kraj, ta połać Sandomierskiego, a rozsiadł się mocno, gdyż od Sandomierza po sam Staszów i Łagów.
Dawniej inaczej tu było. Od Słupi pod Świętym Krzyżem po Staszów rudy żelazne kopano, Łagów hutami szklanymi dymił, dymił też i wapiennikami. Płynęły stąd ku Sandomierzowi i ku Krakowu bałwanki żelaza, rozchodziły się i płyty ,,śklane“, a niejeden chłop z Jeleniowa, takiego się majątku za Jagiełły potrafił dorobić na kruchym materiale, że zaczynał się tytułować i szlachetnie urodzonym Jeleniowskim. Płynął z tych okolic i twardy, dobrze śpiewający pod siekierą cieśli materiał budowlany, rozchodziły się ,,gonety“ na pokrycie dworków szlacheckich i miejskich kamienic czy nawet drewniaków. Z czasem przetrzebiono lasy, okolica zaczęła wysychać, zabrakło materiału pędnego do hut i rudników. Nie pomogły staranie Sienieńskiego, który na wydmuchach i wygwizdowych rakowskich założył ariańskie miasto: przemysł zaczął się z tych okolic przesmykiwać ku Staszowu i w Koneckie. Wreszcie wykończył się na amen. Jeszcze za czasów Kościuszki pracowały pod Staszowem i Rytwianami słynne ,,Szabelnia“ i ,,Prochownia“, rozbiory przecież położyły kres temu. Próbowano zaradzić złu przez budowę cukrowni w Rytwianach: przyszła wojna i austriackie rządy, czeskie cukrownie powinny były żywić niesławnej pamięci monarchię, musiała tedy runąć i cukrownia w Rytwianach.
Jeszcze przed tym zaduszono rzemiosło szewskie i tkackie po sąsiednich osadach, jak Staszów, Osiek, Połaniec, Łagów, Iwaniska… Zadusiło go partactwo żydowskie, zadusili i właściciele miast.
Czasami próbował się ktoś podnieść z upadku. Naj łatwiej mogło to przyjść tym miastom, które miały za sobą tradycję samorządu jako miasta Króla Jegomości…
Miał Połaniec przed ,,pirwym szwedzkim nabiegiem“ coś około 400 dymów, z których do kasy miejskiej i króla, a pana miłościwego płynęły podatki, jednak po przyjściu zamorskich gości zostało w mieście poza szubienicą tylko około 100 budowli. Przyszedł po tym wiek XVIII, sławny dla tutejszych okolic nie tylko nieustannym rabunkiem dorobku ludzkiego, lecz i latami straszliwych burz, obrywania się chmur, gradobić i morowym powietrzem. Zlewy niebieskie robiły swoje: wodami spłukiwały resztki lessu i wspomagane wichrami wydobywały na słonko piasek leżący na szczytach moren.
W onych najczarniejszych dla Połańca chwilach zdarzył się temu miastu opatrznościowy mąż w postaci pana burmistrza Wścieklicy. Widział on, że rząd moskiewski skasował rytwiańsko-staszowskie ,,Prochownie i Szabelnie“, miarkował po dochodach kasy miejskiej, że wszelaki rzemieślnik czyto szwiec czy krawiec lub nawet nożownik zaczyna uciekać na ziemię, a o nici, szczecinie i żelezie zaczyna zapominać, czuł, że idą złe czasy. Mąż był z niego źrzały latami, to też pomiarkowanie na samym sobie miał dobre, że wszelakiemu mężowi do serca, a tym samym i do kabzy czy kalety trafia się przez żołądek, tedy jako pan i samodzielny władca połanieckiej gromady własną swą mocą ustanowił w Połańcu dwa nowe jarmarki tygodniowo, a to jeden w poniedziałek na bydło i nierogaciznę, drugi zaś we wtorek na konie… Zaczęła cała połaniecka okolica i ta bliska i dalsza pić na umór, świętowała przez półroku, a połanieczaki zaczynali się już ,,wyźdobychiwać z bidy“, gdy wdali się w tę sprawę dziedzice i krzyku narobili przed gubernatorem, że Połaniec gotów całą Polskę w jeden wielki szynk zamienić.
O ile przed laty było tutaj bardzo ciężko wyżyć, o tyle dziś, gdy ludności przybyło, a ilość mórg użytkowanych nie zwiększyła się, sytuacja jest wręcz rozpaczliwa… Pracy brak zupełny, ziemię piaszczyste, co rok grad to tu, to tam wybija zboże, często susza wypala wszystko na pniu.
Ludzie próbowali się ratować z nędzy, niektórzy jeszcze się kuszą o to, inni zupełnie przestali nawet jakich takich prób. Łagowiacy wędrują na Śląsk, szukając zarobków. Łatwiej im to przychodzi, gdyż mają tam znajomków, którzy ułatwią znalezienie pracy, a przez pierwsze dni dadzą dach nad głową i pozwolą przechować serek i te bochenki chleba, które się wzięło na drogę. Inni znajomych nie mają, wędrować nie mogą, więc gnieżdżą się po domach całymi rodzinami, i czekają śmierci, bo pracy nie otrzymają: tego już się przestali spodziewać.
Osiek dorabia przewożeniem drzewa do Sandomierza. Pierwszego dnia jedzie się pod Staszów po materiał i wraca do domu, zaś następnego jedzie się do Sandomierza i wraca do Osieka trzeciego dnia… Czasami osieczaki urządzają sobie postój wypoczynkowy przed moim domem, mam więc możność przyjrzenia się ich wędrownemu życiu. Za trzy dni pracy zarabia się trzy złote 75 groszy, co na dniówkę parokonną daje 1 złoty 25 groszy. Tak się ocenia pracę człowieka i konia. Koń przez ten czas żyje sianem lub skąpą, owsem nieokraszoną sieczką, człowiek zaś zabiera z sobą na wędrówkę pajdę chleba, trochę gotowanych ziemniaków, czasami garnuszek kaszy do sakwy i tym żyje. Od Osieka do Sandomierza już jest szosa, więc ani człek ani koń nie zarabiają się w błocie, lecz pomiędzy Staszowem a Osiekiem droga jest rozpaczliwa: albo tam siedzi wybój na wyboju albo też ciągnie się jedna za drugą ,,smarkietka“, ziemia ilasta, w czas suszy jeszcze jako tako twarda, lecz po deszczu zamieniająca się w gładką, mydlastą taflę, taki sobie polski asfalt, na którym konie walą się, a chłop do diabła nabożeństwo odprawia, sypiąc cholerami i ,,psiunkrwią“ jak z rękawa.
Od Osieka ku Staszowu i Łysogórom lasy się ciągną sosnowe, pełne żywicy… Próbowano w te okolice skierować ruch letniskowy, lecz próba spaliła po jednym roku, gdyż brak było dobrej komunikacji, na czym cierpiał mocno dowóz warzyw. Do Osieka dostarczali ich ogrodnicy sandomierscy po cenach takich samych, jak i do Rozwadowa czy Starachowic, lecz z Osieka przechodziły one przez ręce trzech pośredników, z których każdy nabijał cenę. Wieś powinna była zorganizować dowóz ten, ująć go w swe ręce, lecz nie miała na to kapitału. Ruch tedy letniskowy pod Połańcem zupełnie zawiódł. Dziś zapędzi się w te okolice na letnisko tylko taki człowiek, który nie szuka wygód, a chce zapomnieć zupełnie o mieście. Lecz tych jest bardzo nie wielu.
Wieś tutejsza nie podźwignie się prędko z nędzy. Na to brak jej sił, a pomocy z zewnątrz nie może się doczekać. Rok w rok wprawdzie wojsko i Rodzina Wojskowa zapędza się w te okolice z akcją dożywiania wsi, robią co mogą, lecz jest to kropla w morzu.
Wiadomo, że przednówek jest dla wsi najcięższym czasem: gdy się chłop wtedy zasuszy, to już na cały rok przepada, sił nie ma, zdrowie powoli wysącza się z niego jak z rozbitego garnka, cherleje i wreszcie wali się na gruźlicę. Latem ,,kurza ślepota“ nie pozwala mu pracować: oczy odmawiają posłuszeństwa, gdyż wieś tamtejsza widzi tłuszcz jedynie trzy razy do roku: na Gody, na Wielkanoc i na Zielone Świątki.
Wyczerpanie wsi sandomierskiej tej na piachach jest do tego stopnia wielkie, że jeszcze i dziś są takie miejscowości, gdzie ludzie mieszkają w ziemniakach. Wykrywa ich dobroczynna ręka wojska i niesie pomoc.
Spadli tego roku do Furmanów na zawiślu i do Łukawicy w gm. jurkowickiej.
Łukawica jest typową wsią nędzarzy i ludzi napoły zdziczałych. Najazd dobroczynny zrobiono na nią 4.V.1938 roku. Przyjechano z zawieją śnieżną. Zastano dziecka na bosaka biegające po śniegu, poniektóre miało sukienkę lub majtki, lecz było też trochę takich, które samą koszulą tylko urągały światu. Nie każdy chłop miał drewnianą chałupę, częste są ziemianki. Paromorgowy gospodarz żywi u siebie i dla siebie jedną a czasami dwie krowiny, orze nimi i doi je. Na przednówku dożywia się charmastem, potrawą złożoną z dzikiego zielska, rosnącego po pia.. chach, – uzbiera się wszelkiej zielenizny, otoknie ją wodzie, pokraje i postawi na ogniu; czasami soli się doda do tego, czasami i tego brak. Zdarza się, że do charmastu nieznające traw i ziela dziecka dodadzą jaką trującą chabdzinę. Po takiej potrawie rżnie człeka w żołądku, skręca, na wymioty ciągnie. Żeby temu zapobiec dodaje się do potrawy piołunu, czasami suszonego, czasami zaś – i to jest najbardziej pożądane – świeżego, młodziutkiego: piołun wprawdzie wykrzywi człekowi gębę na siedem boleści, lecz już w żołądku nie będzie takiego rżnięcia. Latem przyjdą jagody ukradzione w sąsiednim lesie, przyjdą też i gołąbki i inne bedłki, też kradzione… Mógłbym o Łukawicy i jej życiu więcej napisać, lecz boję się, że powiem za dużo: cenzor ma miękkie serce i gotów wszystko skreślić, żeby czytelnika czasami jakie mroczne myśli nie ogarnęły. Ja sobie jednak od dłuższego czasu zadaję niepokojące pytanie: Łukawica i podobne do niej wsie zarówno na zawiślu jak i na przedwiślu jeszcze nie kradną, na nocny rozbój nie chodzą, lecz co będzie gdy zaczną żyć tym procederem? Czy ołówek cenzora potrafi wtedy z nich skreślić piętno złodziei?
Zdarzyło mi się w Osieku rozmawiać z jednym z tamtejszych luminarzy. Chłop kilkumorgowy, oczytany, pracuje nad sobą pomimo sterania charówką na roli, materiał bardzo wartościowy jako społecznik, charakter spokojny, nie burzliwy. Zgadaliśmy się o biedzie tutejszej, o możliwościach, jakie przynosi tym okolicom plan budowy linii kolejowej Śląsk- Sandomierz-Wołyń. Mówię, że na tutejszych podmokłych grutach len będzie miał powodzenie, a gdy przyjdzie kolej przyjdą i fabryki.
– Dziś o tej drodze już się nie mówi – odpowiedział mi osieczanin. – Dziś jako najważniejszy szlak kolejowy, jako linię zbawienia dla Polski wysuwa się kolej Kielce-Mędrzechów-Krynica… Szeroko rozpisują się o tym gazety. My, choć i ciemne chłopy rozumiemy, czemu tak musi być: skróci się przejazd z Warszawy do Krynicy, dzięki temu żydowskie bogacze i panowie radcy będą mieli więcej czasu na granie w karty, nie będą się złościli, że pociąg już, już odchodzi. A wiadomo, że spokój radcowskich nerwów, to w czasie wojny wygrana. My, co będziemy w wojsku, możemy na piechtę przelecieć z Wołynia na Śląsk czy naodwrót. Że w porę nie nadążymy, to głupstwo, ważne to, że radca zdąży na karty do Krynicy.
Próbowałem go uspokajać, mówiąc, że tego, co gazety piszą, nie należy brać poważnie, gdyż najczęściej wiadomości brukowców, które czytują w Osieku, są wyssane z palca. Osieczanin nie chciał słuchać, przeciwnie, rozgadał się na dobre i kładł mi do uszu coś tam o węglu, który powinien iść na pogórze, o zbożu z Wołynia dla Śląska, o gruźlicy, która zaczyna się panoszyć po chłopskich chałupach i straszliwie zjada dzieci, plótł jeszcze inne rzeczy, jak choćby o zmniejszaniu się siły obronej państwa przez zwiększanie się nędzy na wsi. Zarozumiały łyk osiecki! Myślał, że nową prawdę osiecką wymyślił! Nie wiedział, że w czasie wojny jak i pokoju najważniejsze są mózgi radcowskie: one zawsze każdą sprawę rozstrzygną pomyślnie, każdą bitwę wygrają… przy zielonym stoliku.
Zdaje mi się, że jeszcze długie, długie lata jako jedyny świadek troski o dolę chłopa tutejszego będzie świadczył podpołaniecki Krzyż na Bateriach, usypany ku czci Kościuszki… Chociaż nie! Pracę Naczelnika Narodu podjęło wojsko, zapobiega ono nędzy i w miarę sił nie pozwala, żeby wyrastały na cmentarzach nad młodym pokoleniem… krzyże rozpaczy.
Roman Koseła.
Materiał źródłowy

* * *
Powyżej zacytowany w całości rozdział książki pana Romana Koseły to mocna i gorzka pigułka. Daje nam jednak dużo do myślenia. Jakie wnioski możemy z niej wyciągnąć?
Po pierwsze, możemy zdać sobie sprawę, jak gigantyczną drogę przeszliśmy. Z jak ogromnego upadku podniosło się nasze miasto. Połaniec przeszedł niezwykle wyboistą drogę. Dawny gród kupiecki z prawami miejskimi stał się z czasem miejscem zapomnianym i skrajnie biednym. Ludzie zmagali się tu z kaprysami natury i słabą ziemią. Dzisiaj narzekamy na inflację, problemy z zatrudnieniem czy dziury w drogach. Nasi pradziadkowie musieli za to martwić się, czy nie otrują dzieci trującym zielem dodanym do zupy. Brakowało dosłownie wszystkiego. Począwszy od solidnego dachu nad głową, po podstawową opiekę medyczną. Choroby takie jak gruźlica czy “kurza ślepota” dziesiątkowały wsie.
Po drugie, Roman Koseła obnaża smutną prawdę o wielkiej polityce. Władza centralna często zapominała o takich regionach jak nasz. Ważniejsze były dla niej interesy bogatych elit. Elity wolały budować koleje do kurortów, zamiast ratować głodującą prowincję. Jak czytamy w tekście, rozbudowa kolei miała służyć wygodzie urzędników, a nie ratowaniu głodujących rolników. Zjawisko, w którym “góra” nie rozumie problemów “dołów”, jest niestety bardzo uniwersalne. Na koniec mimo wszystko należy docenić drobną iskierkę nadziei z tamtych lat. Wojsko Polskie jako jedyne starało się realnie pomóc i dożywiać najbiedniejszych.
Wojsko wraz z organizacją “Rodzina Wojskowa” organizowało regularne akcje dokarmiania głodujących wsi. Autor smutno jednak zaznaczał, że przy tak gigantycznej biedzie była to zaledwie “kropla w morzu” potrzeb. W tekście pada konkretna data 4 maja 1938 roku. Tego dnia, podczas zawiei śnieżnej wojsko zorganizowało wyprawę z pomocą do wyjątkowo biednych wsi: Furman i Łukawicy. Żołnierze docierali do ludzi mieszkających w ziemiankach i dzieci biegających boso po śniegu, niosąc im żywność.
Jednak z tego reportażu płynie też wielki optymizm. Mieszkańcy Połańca przetrwali burze dziejowe, grabieże, zabory i potworny głód na przednówku. Nie poddali się. Wspomniany na początku Kopiec Kościuszki to dla nas nie tylko pomnik wielkiego wodza. To przede wszystkim symbol twardego, nieustępliwego charakteru naszych przodków, którzy pomimo tak strasznych warunków przetrwali, abyśmy my mogli dziś żyć w zupełnie innej rzeczywistości.

[…] Dwie wsi, bo Połaniec przecież tylko wieś, a tak różne mają dusze. Połanieczaków nie znam bliżej. Zetknąłem się z nimi parokroć i w czasach radosnych dla nich i w czasach ciężkich, tak na codzień widywałem ich wprawdzie, lecz wtedy ja sam byłem zwierzyną, której każdy krok podglądają, której każdą rzecz starano się ułatwić, przecież może to, że zetknąłem się z nimi i w ich czasach tragicznych, pozwoliło mi zajrzeć im do duszy. Chłopy to wszystko, na ziemi siedzą, a rzadko który puści się na handel czy rzemiosło. Od wieków tak było tutaj i od wieków też, jak przynajmniej tutejsze księgi parafialne i miejskie sandomierskie sięgają wstecz, nazwiska spotyka się tylko polskie. Nie znać tu śladów domieszki obcej krwi. W XVI wieku, który przecież nie wyróżniał się nadzwyczajną uczciwością w sprawach handlowych, nie udało mi się wyłapać ani jednego z połanieckich łyków na podstępie czy niedotrzymaniu zobowiązań. Inaczej się sprawa ma z tą pierwszą wsią, gdzie panie z darami tak ładnie zostały przyjęte […].
Powyższy cytat to tylko jeden z wielu informacji o Połańcu, ten zacytowany znajduje się w II rozdziale książki. Zachęcamy do jej przeczytania w całości (pobierz PDF). Publikacja jest skarbnicą wiedzy dla każdego, kto chce zgłębić dzieje Połańca, ponieważ osadza jego historię w szerszym, krajobrazie dawnej ziemi sandomierskiej. Trzeba ją przeczytać nie tylko dla poznania suchych faktów historycznych, ale przede wszystkim dla unikalnego, niemal psychologicznego portretu dawnych mieszkańców. Zobaczycie, jak Połaniec i jego mieszkańcy funkcjonowali w relacjach z sąsiednimi wsiami i miasteczkami. Poznacie także surową, ale piękną codzienność przodków, która ukształtowała dzisiejsze tradycje i mentalność.
Na sam koniec przyjrzyjmy się postaci autora książki “Sandomierskie strony”. Pan Roman Koseła, żył w latach 1894-1942. Urodził się we Włostowie. Był ciekawym człowiekiem o wielu talentach. Koseła pisał książki i artykuły. Chętnie działał społecznie. Pomagał na przykład stworzyć Bibliotekę Miejską w Sandomierzu. Bardzo kochał historię swojego regionu. Często szukał ciekawostek w starych dokumentach. Znał się z wieloma pisarzami, a jego pracę chwalił sam Jarosław Iwaszkiewicz. Sam napisał między innymi opowiadanie pod tytułem „Sandomierka”.

Był też wielkim patriotą i odważnym człowiekiem. Walczył w obronie kraju podczas dwóch wojen. W czasie drugiej wojny światowej działał w polskim podziemiu. Potajemnie uczył młodzież i rozdawał tajne gazety. Niestety, spotkał go tragiczny los. W marcu 1942 roku aresztowało go gestapo. Był torturowany w sandomierskim zamku. Potem wywieziono go do obozu w Oświęcimiu. Zginął tam w komorze gazowej w lipcu 1942 roku. Pamięć o tym wyjątkowym człowieku jednak przetrwała. Dziś w Sandomierzu znajduje się ulica jego imienia. Koseła jest też patronem szkoły w swoim rodzinnym Włostowie. Jego pamiątki i zapiski można oglądać w Muzeum Zamkowym w Sandomierzu.
Dziękujemy za Twój czas! Każda przeczytana historia to kolejny krok w odkrywaniu przeszłości Połańca. Portal polaniec.com.pl tworzony jest z pasji do historii naszej małej ojczyzny. Jeśli znasz ciekawą historię, posiadasz stare fotografie lub dokumenty dotyczące Połańca i okolic, podziel się nimi z nami. Chcesz dołożyć swoją cegiełkę? Czekamy na Twoją opowieść! Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na Facebooku.






