Na czele zrywu stanął Tadeusz Kościuszko, przyjmując zaszczytny tytuł Najwyższego Naczelnika Siły Zbrojnej Narodowej. Sytuacja polskiego wojska była jednak bardzo zła, gdyż brakowało doświadczonych żołnierzy, wystarczającej ilości broni oraz podstawowego zaopatrzenia. Wróg był tymczasem potężny, ponieważ armia rosyjska była świetnie wyszkolona i posiadała nowoczesny sprzęt artyleryjski.
Kościuszko doskonale zdawał sobie sprawę, że regularne wojsko nie wystarczy, dlatego też musiał szukać innych rozwiązań i zmobilizować całe polskie społeczeństwo. W ten wielki plan nierozerwalnie wpisują się lokalne miejscowości, a Połaniec i Racławice stały się świadkami wielkiej historii. Zbliża się właśnie 232. rocznica bitwy pod Racławicami, a to stanowi doskonały czas na historyczne przypomnienie tamtych bolesnych dni. Przyjrzyjmy się zatem dokładnie tej wielkiej historii, prześledźmy trudną drogę żołnierzy i zrozumiejmy siłę, która potrafi drzemać w zwykłych ludziach.
- Pospolite ruszenie. Naród staje do walki
- Błotnisty marsz i Sandomierski VI Regiment Piechoty
- Spotkanie z wojskiem. Połaniec na szlaku Insurekcji
- Broń chłopa. Przerażająca kosa bojowa
- Nierówne siły na polu bitwy
- Początek batalii i brawurowy atak
- Legenda Wojciecha Bartosa
- Dlaczego Rosjanie spóźnili posiłki?
- Zwycięstwo, koszty i zamknięta droga
- Kopce, pomniki i obrazy
Pospolite ruszenie. Naród staje do walki
Brak regularnych żołnierzy wymusił na Polakach radykalne kroki, dlatego dowództwo powstania wydało jasny i stanowczy rozkaz wezwania do walki zbrojnej całego narodu. Nie było to jednak zadanie łatwe, gdyż Polska w tamtych czasach była krajem mocno podzielonym na warstwy społeczne. Szlachta dysponowała pełnią praw obywatelskich, podczas gdy chłopi nie mieli ich wcale, ale nowa i tragiczna sytuacja wymagała od wszystkich pełnej jedności. Wprowadzono nowatorski system poboru, w ramach którego powołano do broni obywateli w wieku od osiemnastego do dwudziestego ósmego roku życia. Ci młodzi i sprawni mężczyźni mieli stanowić trzon nowej armii, uzupełniając braki w starych jednostkach oraz formując całkowicie nowe oddziały zbrojne. Plan ten był niesamowicie ambitny, ponieważ jego celem było stworzenie armii liczącej aż sto tysięcy żołnierzy. Taka mobilizacja wymagała jednak ogromnego wysiłku logistycznego, gdyż rekrutów trzeba było sprawnie ubrać, regularnie nakarmić i, co najważniejsze, skutecznie uzbroić do walki z zaborcą.
Na tym jednak plany Naczelnika się nie kończyły, ponieważ do zagospodarowania pozostała jeszcze bardzo duża grupa starszych mężczyzn w wieku do czterdziestego roku życia. Choć zostali oni wyłączeni ze służby w oddziałach regularnych bojowych liniowych, kraj potrzebował pomocy każdego zdolnego człowieka. Właśnie z tych ludzi postanowiono utworzyć obronną milicję, czyli lokalne i zbrojne oddziały terytorialne do ochrony własnego regionu. System ten organizowano niezwykle dokładnie, nakazując powstawanie oddziałów w każdym funkcjonującym mieście i na każdej wsi.
Nowe terytorialne formacje podporządkowano surowym rygorom wojskowym, więc zarówno chłopi, jak i mieszczanie musieli się stale szkolić. Zwykłych ludzi powoływano na obowiązkowe ćwiczenia wojskowe, które odbywały się regularnie co niedzielę oraz w dni świąteczne na głównych wiejskich placach. System ten nie wziął się znikąd, ponieważ jego bezpośrednim wzorem była skutecznie działająca milicja amerykańska. Tadeusz Kościuszko walczył wcześniej za oceanem o wolność Stanów Zjednoczonych. Do Ameryki przybył w sierpniu 1776 roku, zaledwie miesiąc po ogłoszeniu Deklaracji Niepodległości i służył w Armii Kontynentalnej jako wybitny inżynier wojskowy aż do oficjalnego zakończenia konfliktu w 1783 roku. Zdążył doskonale poznać siłę i zaangażowanie uzbrojonych obywateli zdolnych powstrzymać regularne siły zbrojne wroga i postanowił przenieść cenne wzorce prosto na polski grunt.

Lokalna milicja miała pełnić niesamowicie ważną rolę, stając się siłą ubezpieczającą na dalekim zapleczu insurekcji kościuszkowskiej. Do jej zadań należało pilnowanie porządku w terenie, wyłapywanie rosyjskich szpiegów oraz ewentualna obrona domostw przed atakami mniejszych oddziałów pacyfikacyjnych wroga. Jednak najgłębsze znaczenie powoływania milicji leżało gdzie indziej. Proces ten stał się ważnym czynnikiem na drodze wielkich przemian społecznych ówczesnej polski. Wzięcie do ręki broni przez polskiego chłopa było swoistą rewolucją w państwie. Zwykły, pracujący na polu człowiek stawał ramię w ramię z innymi, uczył się wojskowej musztry i zaczynał autentycznie czuć się wolnym obywatelem. Władze zbrojnego powstania celowo zresztą budowały i wspierały taki wizerunek. Chciano bowiem w narodzie zbudować jasną wizję równego, potężnego i oświeconego państwa polskiego, w którym odważny rolnik miał walczyć o swoją, w pełni wspólną ojczyznę, a nie oddawać krew wyłącznie za obronę własności i majątku swojego szlacheckiego pana.
Zjawisko to mimo swojego patriotycznego celu budziło wśród arystokracji wielki strach, a polska zamożna szlachta potwornie obawiała się powoływania nowej formacji. Najzwyczajniej bali się, że po wyposażeniu w broń chłopi zwrócą się ze złości bezpośrednio przeciwko dworom, powodując powtórkę historycznych, bardzo krwawych buntów. Strach był całkowicie zrozumiały, bowiem przez długie wieki chłopi pańszczyźniani byli nieludzko wyzyskiwani, przywiązani na stałe do ziemi i zmuszani do darmowej pracy na rozległych, pańskich folwarkach. Otrzymanie potężnego narzędzia obrony mogło prowokować gniew. Ale mimo tych zrozumiałych obaw proces masowego uzbrajania powołanych włościan trwał dalej. Jednakże koniec końców konieczność odparcia najeźdźcy z kraju okazała się znacznie silniejsza niż lęki klasowe najbogatszej szlachty.
Błotnisty marsz i Sandomierski VI Regiment Piechoty
Akt powstania ogłoszono uroczyście w Krakowie 24 marca 1794 roku. Wielka wiadomość niezwykle szybko obiegła pozostałe zakątki zmęczonego wojnami kraju. Wszystkie oddziały polskiego wojska będące w dyspozycji patriotów dostały natychmiastowe rozkazy skierowania się szybkim marszem w stronę południa, mając za zadanie dotrzeć prosto do dużego, warownego obozu pod Krakowem. To właśnie tam zaplanowano bezpieczną koncentrację głównych polskich sił zbrojnych w celu zebrania armii w jednym sprawnym rzucie operacyjnym, przed uderzeniem wojsk moskiewskich.
Wśród pilnie wezwanych oddziałów znalazł się stacjonujący na północy Sandomierski VI Regiment Piechoty (Regiment Grenadierów Sandomierskich), dowodzony przez twardego w decyzjach pułkownika Macieja Szyrera. Oddział ten jako doświadczona jednostka regularna z długimi tradycjami wojskowymi z ziemi sandomierskiej natychmiast po otrzymaniu dyspozycji rozpoczął szykowanie taborów. Żołnierze musieli błyskawicznie wyruszyć w kierunku punktu zbornego. Aczkolwiek zaplanowana trasa nie należała do łatwych i szybkich do pokonania, zwłaszcza ze względu na bardzo niesprzyjające przemarszom, fatalne warunki atmosferyczne. Początkowo żołnierze zajmowali kwatery polowe w okolicach Zawichostu, lecz na sygnał do wymarszu pułkownik opuścił rejon koncentracji 27 marca. Wyruszył wraz z wojskiem dawną trasą królewską, która biegła malowniczym, lewym brzegiem Wisły wzdłuż obcych granic zaboru austriackiego. Trasa była rozsądnym wyborem pod kątem bezpieczeństwa wojsk, z uwagi na fakt, że Austria na tamten moment powstrzymywała się od zbrojnych ataków na Polskę i skutecznie chroniła wschodnie skrzydło regimentu przed atakiem oskrzydlającym ze strony wojsk rosyjskich.
Początek wiosny roku 1794 z pewnością był wyjątkowo trudny dla piechoty. Śniegi niezwykle gwałtownie zaczęły spływać z ocieplających się pagórków, a woda systematycznie zalewała gruntowe, wiejskie drogi. Wystarczyło zaledwie kilka dni, by ulewne deszcze i ciężkie koła armat zrujnowały stary trakt królewski, zamieniając szlak w morze lepkiego błota. Maszerowanie stało się pasmem morderczego wysiłku. Piechota, objuczona ciężkim ekwipunkiem, grzęzła w bagnie aż po kostki. Zmęczonym koniom brakowało tchu i po prostu nie miały już sił, by wyciągać z błota wozy z żelaznym ładunkiem.
Z powodu fatalnych warunków zaplanowany marsz strasznie zwalniał tempo, co ostatecznie wymusiło na sztabie drastyczne podzielenie pokonywanego dystansu trasy na znacznie krótsze przemarsze. Dowództwo dla utrzymania należytej kondycji w walce musiało dostosowywać mordercze tempo maszerowania do narastającego wyczerpania wycieńczonych ludzi, aby pozwolić żołnierzom wysuszyć przesiąknięte błotem ubrania z wczesnowiosennej wody. Tak przemyślana logistyka wymuszała ostrożne wybieranie kwater na postój, które umiejscawiano w większych i bardziej gościnnych osadach cywilnych na trasie.
Wykończony morderczym błotem regiment dotarł po pierwszym etapie wprost do zabudowań niewielkiej Koprzywnicy, w której żołnierze nocowali w dn. 27-28 marca. Odpoczynek pozwolił im nieco zregenerować siły i nazajutrz o poranku sprawniej wyruszono w dalszą część trudnej przeprawy.
Spotkanie z wojskiem. Połaniec na szlaku Insurekcji
Wojenna zawierucha niezwykle szybko zapukała w mury i dachy domów Połańca. Zaledwie w drugim dniu trwania powstańczego przemarszu polskie oddziały wkroczyły do centrum miasteczka. Zmęczony regiment sandomierski pułkownika Szyrera między 28 a 29 marca zatrzymał się tutaj na zasłużony, nocny odpoczynek. Widok maszerujących z bronią, ubranych w równe, historyczne mundury polskich piechurów z tak bliskiej i bezpiecznej odległości stał się z pewnością ekscytującym doznaniem dla naszych przodków. Społeczność dotychczas słyszała jedynie odległe, trwożne pogłoski oraz szeptane między ludźmi plotki o insurekcji w Krakowie, a teraz z namiotów wyłaniali się prawdziwi, żywi wojskowi obrońcy.
Przyjęcie i ugoszczenie tak dużej liczby żołnierzy stwarzało nie lada problem logistyczny. Miasteczko nagle musiało zmierzyć się z niespotykanym dotąd, niezwykle poważnym wyzwaniem organizacyjnym czasu wojny. Znamy tą sytuację z dawnych czasów, kiedy Połaniec np. odwiedzały chorągwie pancerne i husarskie. Prawie każdego piechura z ciężkim karabinem kwaterowano w wolnych budynkach. Duża część załogi przespała trudną i chłodną noc w stodołach na sianie albo po strychach miejskich chałup. Obowiązkiem mieszkańców Połańca było również dzielenie się cennymi zapasami żywności. Na wyżywienie czekało kilkuset oficerów. W związku z tym na potrzeby kuchni polowej przeznaczano zapasy mięsa, bochny ciepłego, wiejskiego chleba, wozy kaszy na zupę oraz ogromne ilości pożywnego ziarna na paszę dla wojskowych koni. Pomimo trudności połańczan, obecność uzbrojonych żołnierzy na rynku napawała mieszkańców wielką nadzieją. Dawała im poczucie uczestnictwa w dziejowej próbie i obronie polskiej tożsamości narodowej.
Przerwa nocna nie mogła przeciągać się w mieście w nieskończoność. Punktualnie skoro świt na drugi dzień 29 marca zabrzmiał głośny ryk bębna z sygnałem do sprawnego wyjazdu. Regiment piechoty ustawił się z werwą w czwórki i wojsko wymaszerowało pospiesznie w kierunku Nowego Korczyna, w którym odziały stacjonowały w dniach 29-30 marca. Następnie kolumny pomaszerowały dalej na Koszyce gdzie stawiły się finalnie 30-31 marca.
Formowanie się wojska polskiego wywołało niepokój w rosyjskim sztabie i błyskawiczną reakcję najeźdźców. Uświadomiło to przeciwnikowi skalę powstania w zaborach. Wprawiono w ruch potężną machinę wojenną, której celem było zdławienie zrywu w samym zarodku. Wojska rosyjskie, tropiące polskie oddziały, starły się z nimi w zaciętym boju zaledwie w kilka dni po tym, jak powstańcy opuścili Kraków. 4 kwietnia doszło do historycznej bitwy pod Racławicami.
Broń chłopa. Przerażająca kosa bojowa

Większość z nas wie, jak wygląda kosa. W obecnych czasach już rzadko ją spotykamy, ale dawniej była podstawowym narzędziem każdego gospodarstwa. Jej ostrze było długie, zakrzywione i umocowane prostopadle do długiego kija. Taki układ pozwalał na płynne ruchy blisko ziemi. Jednak z taką zwykłą kosą nie można przecież było pójść na wojnę. Kąt ostrza uniemożliwia trafienie wroga w tłumie. Zwykła kosa rolnicza musiała zostać zmodyfikowana, a do tego potrzebny był dobry kowal, któryu po odpowiedniej obróbce zamienił ją w straszliwą broń. Jak to robiono?
Kowal musiał działać szybko i precyzyjnie. Proces zaczynał się od podgrzania metalu. Następnie wykuwano lub odcinano specjalny uchwyt mocujący. Kosa musiała zostać osadzona w nowy sposób, dlatego jej ostrze przekuwano tak, aby stanowiło proste przedłużenie drewnianego kija. Ostrze stawało na sztorc. Aby cała konstrukcja nie rozpadła się podczas walki, stosowano specjalne mocowania, wiercono otwory i przekładano przez nie mocne, stalowe śruby. Następnie dokręcano je solidnie specjalnymi nakrętkami motylkowymi. Dawało to dużą pewność uderzenia a broń nie miała prawa wypaść z rąk.
Samo cięcie ostrzem to jednak na polu walki za mało, poniewż w zwarciu żołnierz musiał także kłuć. Przebicie wrogiego munduru wymagało szpica. Dlatego też kowal wykonywał kolejny zabieg. Rozpoczynał cięcie po linii prostej w odległości około 8 centymetrów od samego czubka kosy. Ciął w dół, w kierunku najgrubszej części, czyli w stronę tak zwanego żebra kosy. W ten sposób powstawał nowy, niezwykle ostry czubek, który szlifowano precyzyjnie. Przy okazji mocno podostrzano także całą długość tnącą kosy w ten sposób by gładko ciąć tkaniny i skórę.
Zadbano także o sam kij, czyli drzewce broni. Jeśli jego dolny koniec nie miał odpowiedniego kształtu, szlifowano go na kształt stożkowy. Kij był wrażliwy na ciosy rosyjskich szabli. Kawałek drewna mógł zostać łatwo przecięty. Ale powstańcy znaleźli i na to sposób jeśli tylko mieli odpowiednie materiały. Końcówkę drzewca często owijano twardą blachą. Dodawało to wagi całej broni i chroniło kij przed przecięciem. Powstała broń przypominała starodawną glewię z ogromnym zasięgiem. Długość kija i ostrza sprawiała, że chłopi mogli razić wroga z bezpiecznej odległości. Kosa bojowa była dłuższa od karabinu z nasadzonym bagnetem. Cios zadany tak potężnym, zakrzywionym nieco do przodu ostrzem z pełnym zamachem niszczył wszystko na swojej drodze. Z łatwością raził też rosyjskie konie. Psychologiczny efekt widoku tłumu uzbrojonego w takie narzędzia był porażający. Tu nasze skojarzenia sięgają czasów wielkiej husarii, na której widok przeciwnikom miękły nogi. I tą właśnie bronią chłopi zamierzali pokonać zawodową armię carską.
Nierówne siły na polu bitwy
Piątek, 4 kwietnia 1794 roku to data, która na zawsze zapisała się w podręcznikach do historii. Bitwa pod Racławicami była testem dla całej polskiej armii, a w szczególności sprawdzianem dla wizji Tadeusza Kościuszki. Do starcia z wojskami rosyjskimi doszło niedaleko wsi Racławice. Obecnie tereny te znajdują się w powiecie miechowskim. Sytuacja wydawała się dramatyczna.
Głównodowodzącym siłami rosyjskimi był generał Fiodor Denisow. Przed podziałem jego oddziały liczyły łącznie około 6000 żołnierzy. W ich skład wchodziło sześć i pół batalionu piechoty. Posiadali dwadzieścia dwa szwadrony jazdy przy wsparciu dwunastu sotni groźnych kozaków. Jedna sotnia to oddział liczący domyślnie 100 żołnierzy. Ponadto ich siłą uderzeniową było dziewiętnaście armat. Denisow był pewny siebie, kpił z Polaków i uważał ich za słabego przeciwnika. Aby okrążyć polskie wojska, zdecydował się podzielić swoje siły, maszerując dwiema kolumnami. Zaplanował wzięcie wojsk polskich w kleszcze pod Koniuszą.
Pierwszą z kolumn dowodził generał major Aleksander Tormasow, którego oddziały jako pierwsze weszły do walki. Siły Tormasowa liczyły około 2900 doświadczonych ludzi. Miał on pod swoją komendą elitarną piechotę w postaci 1700 żołnierzy. Składali się z półtora batalionu jegrów jekatierynosławskich a także grenadierów pod dowództwem podpułkownika Tomatisa. Tormasow dysponował również szybką jazdą 1200 osób. Wśród nich znajdowało się siedem szwadronów świetnych huzarów oraz sześć sotni kozaków, którymi dowodził major Adrian Denisow. Kolumnę tę wspierało 12 strzelających armat.
Z drugiej strony stały wojska Tadeusza Kościuszki. Byli wśród nich weterani wojny o konstytucję oraz prości ochotnicy. Polskie siły zbrojne liczyły około 4000 żołnierzy wojsk liniowych. Do dyspozycji naczelnika było też 12 dział różnego kalibru. Jednak najważniejszym elementem armii były nowe oddziały chłopów, którzy odpowiedzieli na apel. Zgromadzono 1920 kosynierów i pikinierów prosto z okolicznych wsi. Wielu z nich nie miało mundurów i nosiło zwykłe chłopskie sukmany. Nie posiadali karabinów. Jedyną ich bronią były osadzone na sztorc kosy. Zaciągi chłopskie stanowiły wielką niewiadomą, bo nikt nie wiedział, jak zachowają się pod ogniem z armat. Wojska Tormasowa miały przewagę w doświadczeniu. Polacy mieli przewagę liczebną, ale znaczna część ich sił to było pospolite ruszenie. Wynik starcia nie był wcale przesądzony, bo decydować miało ukształtowanie terenu. Decydować miała odwaga i mądrość dowódców. Bitwa mogła potoczyć się w każdym kierunku.
Początek batalii i brawurowy atak

Świt 4 kwietnia zapowiadał piękny, ale chłodny dzień. Wojska spotkały się niedaleko wsi Racławice. Obaj dowódcy musieli wybrać dogodne pozycje. Generał Tormasow wykorzystał wzniesienia obsadzając Wzgórza Kościejowskie, które stanowiły doskonały punkt obserwacyjny i dawały przewagę rosyjskiej artylerii. Polacy nie pozostali dłużni, bo Kościuszko szybko zajął sąsiednie wzniesienie tzw. pola dziemierzyckie i rozstawił tam swoje oddziały. Bitwa rozpoczęła się przed południem pomiędzy godziną 10:00 a 11:00.
Początek bitwy nie był bardzo krwawy. Przez kilka godzin dochodziło do walk kawalerii, a szwadrony zderzały się na otwartym polu. Huczała artyleria obu stron “plując” żelaznymi kulami. Jednak żadna ze stron nie decydowała się na ostateczny atak. Obaj wodzowie badali swoje siły. Gdzieś z tyłu maszerowały główne siły generała Denisowa. Napięcie rosło z każdą minutą. Punkt zwrotny nastąpił po południu około godziny 15:00, kiedy to generał Tormasow stracił cierpliwość i postanowił zniszczyć polskie wojska jednym zdecydowanym uderzeniem. Wydał rozkaz wielkiego natarcia dzieląc swoje i tak nieliczne wojska na dwie mniejsze kolumny. Pierwsza z nich dowodził Tormasow ruszając bezpośrednio na lewe skrzydło wojsk polskich. Druga kolumna pod dowództwem podpułkownika Pustowałowa miała obejść pozycję Kościuszki od boku.
Siły Pustowałowa wydzielone do tego ataku były starannie dobrane w ilości 600 wyćwiczonych żołnierzy piechoty. Wspierała ich szybka jazda 500 kozaków majora Denisowa. Co gorsza, dostali oni do pomocy 2 polowe działa. Po pewnym czasie Tormasow jeszcze bardziej wzmocnił ten atak odsyłając Pustowałowowi dodatkową część swojej piechoty i wsparcie kawaleryjskie w ilości 4 szwadronów szybkich huzarów. Był to groźny błąd taktyczny Rosjan ponieważ Tormasow bardzo osłabił tym sposobem osłonę swojej głównej artylerii. Wtedy jednak nie zdawał sobie z tego sprawy.
Atak flankowy Pustowałowa był nagły, gdyż manewr obejścia całkowicie zaskoczył Polaków. Uderzenie wylewających się zza wzniesień rosyjskich piechurów i wyjących kozaków zrobiło straszne wrażenie. Na polskim skrzydle wybuchła panika. Polska jazda straciła formację z zaczęła się cofać w zamieszaniu. W szeregi chłopskich kosynierów również wkradł się strach. Wielu rolników zaczęło uciekać z pola bitwy. Widok uciekającej kawalerii łamał morale, a front groził całkowitym przerwaniem. Dwa szwadrony z brygady małopolskiej Jana Ludwika Mangeta zostały rozbite i uciekały na Zielenice. Był to jeden z najgorszych momentów całej bitwy. Klęska zaglądała w oczy Kościuszce.
Sytuację uratował generał major Jan Feliks Slaski, ktorego opanowanie i zdecydowane krzyki zatrzymały uciekających. Udało mu się opanować wielkie zamieszanie wśród polskiej jazdy. Uspokoił także przerażonych kosynierów i ponownie sformował szyki obronne. Polskie linie przestały pękać, jednak sytuacja nadal była bardzo zła. Pustowałow wciąż napierał, w dodatku od tyłu zbliżał się Denisow ze swoimi tysiącami żołnierzy. Kościuszko musiał podjąć błyskawiczną decyzję i zaatakować centrum wroga, zanim wróg zamknie okrążenie. Zagrał va banque.
Tadeusz Kościuszko wezwał swoich dowódców i wspólnie ustalili, że konieczne będzie rozbicie środka. Znajdowała się tam wielka bateria rosyjskiej artylerii, która pluła ogniem na polskie pozycje. Naczelnik postanowił wykorzystać osłabienie centrum Tormasowa i podjął ryzykowne działanie. Wydał rozkaz do frontalnego natarcia. Na główny cel wyznaczono właśnie rosyjskie armaty. Kto miał tam pójść? Wybór padł na kosynierów krakowskich. Zgromadzono więc oddział śmiałków składający się dokładnie z 320 kosynierów. Mieli oni biec wprost na lufy strzelających dział. Rozkaz ataku wydawał się wyrokiem śmierci, jednak w krytycznym i decydującym momencie chłopi nie zawahali się. Na szczęście atak nie był samobójczy, ponieważ szarżujących rolników osłaniała nasza artyleria. Z flanki wspierała ich również polska piechota liniowa. Rozległ się sygnał do ataku. Zwarci w gromadę chłopi ruszyli do przodu trzymając w rękach ciężkie, błyszczące w słońcu kosy.
Rosyjscy artylerzyści zamarli ze zdumienia. Widzieli biegnącą w ich stronę falę ludzi w białych i szarych sukmanach. Zrozumieli niebezpieczeństwo i pośpiesznie nabijali działa. Chcieli zatrzymać atakujących za wszelką cenę. Zastosowali najgroźniejszą amunicję w postaci kartaczy. Były to worki lub puszki wypełnione małymi kulkami ołowiu, po których wystrzale kartacz działał jak gigantyczna strzelba. Kosił wszystko przed lufą działa. Padła pierwsza salwa z rosyjskich armat. Zrobiła ona luki w polskich szeregach. Padli pierwsi zabici i ranni, ale bohaterscy kosynierzy nie zwolnili biegu. Strach przed śmiercią ustąpił miejsca bitewnemu szaleństwu. Biegli dalej, krzycząc w niebogłosy, a Rosjanie ładowali działa z rozpaczliwą szybkością. Wepchnęli do luf kolejne kartacze i oddali drugą potężną salwę. Huk rozerwał powietrze po raz kolejny powodując straty w polskich szeregach. Znowu padli zabici, ale odległość była już zbyt mała. Zdeterminowani i rozwścieczeni kosynierzy dopadli do pierwszych armat i przełamali pozycje wroga.
Dalsze minuty były niezwykle brutalne. Doszło do morderczej walki wręcz. Wyćwiczeni artylerzyści rosyjscy próbowali bronić się wyciorami i pałaszami. Nie mieli jednak szans bo chłopi z krakowskich wsi wpadli w bitewny szał. Nie rozumieli prawideł eleganckiej, osiemnastowiecznej wojny, nie znali wojskowego pojęcia “pardon”. Nie wiedzieli, czym jest litość dla poddającego się żołnierza, dla nich był to najeźdźca, którego trzeba było zniszczyć. Rozpoczęła się krwawa rzeź. Kosynierzy z potworną siłą wycinali uciekających najeźdźców. Ciężkie ostrza kos z łatwością łamały kości i cięły mundury. Obsługa rosyjskich armat zmuszona została do ucieczki w strasznym popłochu. Wrogowie wpadli we własne sidła i w pułapkę okrążenia. Rosjanie uciekali, zostawiając cenne działa na pastwę zwycięzców.
Atak kosynierów na baterie rosyjskie przeważył szalę zwycięstwa kończąc się pełnym sukcesem. Rosyjskie centrum przestało istnieć. Widząc to przełamanie, Kościuszko poszedł za ciosem i natychmiast wzmocnił atak kosynierów. Rzucił do walki polską piechotę. Żołnierze uderzyli na wroga błyszczącymi bagnetami. To nie był koniec, ponieważ zaraz potem Kościuszko wydał kolejny rozkaz ataku kosynierów na grupę podpułkownika Pustowałowa, która wcześniej sprawiła tyle kłopotów. Siły Pustowałowa, uderzone ze zdwojoną siłą, nie wytrzymały uderzenia i zostały całkowicie rozbite w krótkim czasie, a oddziały Tormasowa znalazły się w rozsypce. Bitwa dobiegła końca.
Legenda Wojciecha Bartosa
Bitwa ma zawsze swoich bohaterów. Wśród atakujących kosynierów największą sławę zdobył jeden człowiek. Nazywał się Wojciech Bartos. Jego życie przed wezwaniem do wojska tonie w mrokach dziejów. Był tylko zwykłym chłopem, a takich rzadko przecież zapisywano w dokumentach. Wiemy jednak, że urodził się najprawdopodobniej około 1765 roku w Rzędowicach, wsi leżącej niedaleko Skalbmierza. Został zwerbowany jako rekrut i trafił pod Racławice.

To właśnie on wykazał się niesamowitą odwagą w decydującej szarży biegnąc w pierwszym szeregu. Jako pierwszy ze wszystkich dopadł do dymiącej jeszcze rosyjskiej armaty. Zobaczył rosyjskiego artylerzystę trzymającego w ręku tlący się lont. Rosjanin chciał oddać strzał z bardzo bliskiej odległości. Taka salwa prosto w twarz zabiłaby wielu biegnących Polaków. Bartos nie zastanawiał się długo, skoczył do przodu i rzucił swoją chłopską czapkę krakuskę bezpośrednio na zapał armaty. Zdusił tym samym iskrę i zablokował oddanie strzału. Dowództwo doceniło ten bezprzykładny akt odwagi po zakończeniu bitwy. Tadeusz Kościuszko wezwał do siebie wyróżniających się żołnierzy. Za męstwo i brawurę nagrodzono trzech kosynierów. Byli to: Wojciech Bartos, Stanisław Świstacki oraz Jędrzej Łakomski. Naczelnik awansował ich na oficerów w stopniu chorążych. Przydzielono ich do nowo utworzonego 1 regimentu grenadierów krakowskich.
Dla prostego rolnika był to awans niewyobrażalny. Nadanie stopnia oficerskiego oznaczało ogromny awans społeczny. Zrównywało dawnego chłopa pańszczyźnianego z arystokratycznym stanem szlacheckim. Wojciech Bartos otrzymał z rąk naczelnika prawdziwą wolność osobistą. Dostał także nowe nazwisko, pod którym przeszedł do historii. Od tej pory nazywał się Wojciech Bartosz Głowacki. Sukces przyniósł także korzyści jego najbliższym. Rodzina Głowackiego otrzymała dobrą krowę oraz nierogaciznę.

Niestety, historia bohatera nie ma długiego i szczęśliwego zakończenia. Żywot Głowackiego po bitwie pod Racławicami był bardzo krótki. Wojna trwała nadal, a oficer grenadierów musiał walczyć. Zaledwie dwa miesiące później doszło do kolejnego, wielkiego starcia – przegranej i krwawej bitwy pod Szczekocinami. Wojciech Bartos Głowacki odniósł tam bardzo ciężkie rany. Medycyna tamtych czasów była bezradna. Bohater zmarł w męczarniach w dniach pomiędzy 6 a 9 czerwca 1794 roku. Jego ciało spoczęło na kieleckim cmentarzu. Pierwotnie został pochowany w kaplicy kościelnej zwanej Ogrójcem, znajdującej się przy dzisiejszej Bazylice Katedralnej Wniebowzięcia NMP. Został tam złożony w prostej, chłopskiej trumnie. Podczas remontu katedry około 1870 roku jego szczątki zostały przeniesione z Ogrójca na zewnątrz. Istnieją relacje, że podczas tych prac odnaleziono trumnę ze zwłokami w sukmanie, co potwierdzało tożsamość bohatera. Dziś jego nagrobek znajduje się na terenie dawnego cmentarza katedralnego, w jego północno-zachodnim narożniku (blisko dzwonnicy).
Dlaczego Rosjanie spóźnili posiłki?
Bitwa mogła skończyć się zupełnie inaczej. Trzeba pamiętać, że generał Denisow maszerował z potężnymi siłami głównymi. Miał przytłaczającą przewagę liczebną i artyleryjską. Maszerował w drugiej kolumnie i miał odciąć Polakom odwrót. Jednak rosyjski dowódca zjawił się na polu bitwy stanowczo za późno. Przybył tam dopiero w zapadającym, gęstym zmroku. Widział już tylko rozbitych żołnierzy Tormasowa. Dlaczego potężny generał spóźnił się na własną bitwę? Powody były dwa. Oba okazały się zgubne dla carskiej armii.
Pierwszym powodem była bardzo prozaiczna kwestia terenowa. Wiosenna pogoda robiła swoje. Ulewne deszcze padały przez wiele dni. Wobec czego grunt był całkowicie rozmiękły. Rosjanie prowadzili ze sobą ciężki tabor. Ciągnęli wiele armat. Wozy zapadały się głęboko w lepkie błoto. Marsz wielkiej kolumny uległ przez to drastycznemu opóźnieniu. Zmęczeni żołnierze nie nadążali za rozkazami. Z każdym kilometrem dystans do Tormasowa rósł.
Drugi powód leżał w pomyłce samego dowództwa. Podczas marszu rosyjskie patrole ujęły polskiego żołnierza. Wzięto go do niewoli. Generał Denisow postanowił go osobiście przesłuchać tracąc na to bardzo dużo cennego czasu. Przepytywanie jeńca trwało i blokowało postój kolumny. Jeniec jednak okazał się niezwykle pożyteczny dla polskiej sprawy. Z premedytacją lub pod wpływem strachu skłamał rosyjskiemu dowódcy błędnie informując Denisowa o sytuacji. Zeznał, że Tormasow walczy jedynie z małą, nieistotną strażą przednią Kościuszki.
Denisow uwierzył w te słowa. Sądził, że to tylko mała, boczna potyczka. Uznał, że główne siły powstańcze wciąż są daleko i zlekceważył zagrożenie. Mając takie informacje, zdecydował się nie przyspieszać kroku. Zamiast wysłać całe wojsko, odesłał Tormasowowi bardzo małe posiłki, jeden kombinowany batalion grenadierów. Sam zaś pozostał z resztą swojego ogromnego wojska i odpoczywał na trakcie. Zatrzymali 6 ciężkich dział w rezerwie. Błąd kosztował Rosjan przegraną bitwę. Gdy Denisow wreszcie dotarł do celu, nie mógł już pomóc zniszczonym oddziałom. Musiał nakazać odwrót na bezpieczne pozycje pod osłoną nocy.
Zwycięstwo, koszty i zamknięta droga
Rachunek zysków i strat dla wojsk rosyjskich był tragiczny. Straty Rosjan były przerażające. Wojska Tormasowa zostały rozgromione. Armia carska straciła łącznie ponad 1000 ludzi. W tej liczbie zawarli się zabici od kul i kos, ranni w szpitalach polowych oraz liczni rosyjscy jeńcy. Oficjalne dokumenty wojskowe pokazywały wielką porażkę. Zachował się raport sporządzony przez samego Tormasowa, który podawał zaniżone dane, ale i tak były one wysokie. Raportował śmierć 13 swoich oficerów i 453 zwykłych żołnierzy. Zgłosił 6 rannych oficerów i 298 pokiereszowanych strzelców.
Zwycięzcy zagarnęli potężne łupy wojenne. Polacy zdobyli wszystkie 12 armat porzuconych przez uciekających artylerzystów w centrum pola bitwy. W ręce Polaków wpadło aż 1200 porządnych karabinów rosyjskich. Zdobyto cenne zapasy drogiej amunicji oraz załadowane wozy z taborów. Straty po polskiej stronie były znaczne, ale nieporównywalnie mniejsze. Zginęło i odniosło rany w sumie kilkuset polskich żołnierzy oraz ochotników chłopskich. Sukces wywołał wielką radość. Trzeba jednak spojrzeć na niego z perspektywy dowódcy. Było to zwycięstwo o charakterze tylko taktycznym. Kościuszko rozbił oddziały wroga na małym kawałku pola. Jednak wielka rosyjska armia nie przestała istnieć. Denisow wycofał się z honorem i w dobrym szyku. Strategicznie i operacyjnie Rosjanie zachowali przewagę.
Co gorsza, Rosjanie nie oddali całego pola walki, ponieważ przesuwając pozycje skutecznie zablokowali Kościuszce drogę na północ. Zamknęli trakty przez Skalbmierz i ważny Pińczów co stanowił wielki problem. Kościuszko uważał, że po zebraniu sił w Krakowie przebije się szybkimi marszami do Warszawy. To z wielkiej i bogatej stolicy zamierzał dowodzić rewolucją. Stamtąd chciał kierować silną akcją zbrojną na cały kraj. Warszawa gwarantowała fundusze i broń. Jednakże zamknięcie drogi wymusiło radykalną zmianę planów. Marsz na północ w tym momencie byłby samobójstwem. Stolica południa nie nadawała się na zastępstwo. Kraków miał fatalne położenie. Leżał na samym południu kraju tuż nad granicą austriacką. Bliskość obcych mocarstw stwarzała ryzyko. Zaborca mógł w każdej chwili uderzyć w plecy wojsk Kościuszki. Kraków nie nadawał się absolutnie na dłuższy okres czasu na centralną bazę powstańczą. Stamtąd po prostu nie można było racjonalnie panować nad sytuacją wojskową całego kraju. Rozkazy docierałyby do oddziałów na Litwie z tygodniowym opóźnieniem.
Dlatego Naczelnik postanowił wycofać się po walce i zebrać siły. Zarządził odwrót w kierunku bezpiecznych rejonów Krakowa. Po powrocie do miasta wykonał niezbędne zabiegi organizacyjne. Przeprowadzono uroczystą mszę, dokonano zabiegów zabezpieczających i uzupełniono zapasy. We wtorek 8 kwietnia 1794 roku zorganizowano wielką i wspaniałą paradę. Na rynku w Krakowie uroczyście zaprezentowano tłumom zdobyczne armaty. Oglądanie wszystkich 12 rosyjskich armat zdobytych pod Racławicami wywołało u cywilów wybuch radości.
Następnie Kościuszko wyprowadził wojsko z murów miasta i zamknął się na stałe w wielkim, warownym obozie wojskowym. Założono go pod małą miejscowością Bosutów. Leżała ona niedaleko Krakowa, bezpiecznie za rzeką Dłubnią. Kościuszko przebywał w Bosutowie od 6 kwietnia do 24 kwietnia. Czas ten przeznaczył na ogromną pracę m.in. poprzez formowanie nowych jednostek bojowych. Szkolił swe bardzo niedoświadczone wojsko powstańcze. Ściągał do obozu z całej Małopolski wielkie masy pospolitego ruszenia. Kolejni chłopi byli masowo uzbrojeni w żelazne kosy, zaostrzone piki, a także rzadszą broń palną. Rosła nowa potęga, gotowa zmierzyć się z nieprzyjacielem w przyszłości.
Zwycięstwo racławickie miało ogromne, niewyobrażalne wcześniej znaczenie moralne i polityczne dla dalszego przebiegu całego powstania. Militarnie Kościuszko nie posunął się do przodu. Otworzył jednak serca ludzi. Wieści o wygranej podniosły morale zgnębionego przez rozbiory narodu. Udowodniły, że “niezwyciężonego” Moskala można pokonać twardą ręką. Triumf odbił się bardzo mocnym i powszechnym echem w całym kraju. Spowodowało to spontaniczne powstawanie nowych i silnych ognisk powstańczych na innych terenach. Dołączali mieszkańcy Litwy i Wielkopolski. Przełamano powszechny paraliż i strach. Taktyczny triumf chłopów pod Racławicami przyczynił się szybko i bezpośrednio do wybuchu zbrojnej insurekcji w stolicy. Warszawa ruszyła do potężnej walki zaledwie kilkanaście dni później, w wielki czwartek 17 kwietnia 1794 roku. Decydująca rola uczestnictwa kosynierów złożonych z chłopów i z pobliskich wsi krakowskich zwróciła w końcu szczególną uwagę najwyższych dowódców na ich bezcenną rolę w prowadzonej walce. Stała się silną i nieodwołalną zachętą do szybkiej politycznej reformy w państwie. Rozumiano już, że bez chłopów wolności się nie wywalczy. To właśnie to moralne dziedzictwo było prawdziwym plonem bitwy.
Kopce, pomniki i obrazy
Bitwa pod Racławicami nigdy nie popadła w narodowe zapomnienie. Chłopi na stałe wkroczyli na karty wielkiej, narodowej historii. Pamięć o zmaganiach z karabinami pod Racławicami jest dziś starannie, stale i z pietyzmem kultywowana. Zjawisko to manifestuje się poprzez liczne, ważne miejsca oraz monumentalne i kosztowne dzieła sztuki. Upamiętnienia i szacunek osiągnęły również status specjalny, silnie oparty na polskim prawodawstwie. Teren wielkiej walki jest świętym pomnikiem dla wielu pokoleń.

Najważniejsze są jednak groby poległych bohaterów. W pobliskich, małych i sennych miejscowościach, takich jak okoliczne Dziemięrzyce, a także znane i rolnicze Janowiczki, znajdują się nieme i poruszające w serce zbiorowe mogiły i krzyże. Kryją one kości setek niezidentyfikowanych imiennie i zapomnianych z twarzy poległych w krwawym ataku na armaty kosynierów. Wdzięczna za ten cud lokalna i okoliczna polska ludność wykonała wielką pracę. Z ogromnego poczucia długiego obowiązku i własnymi rękami, usypała na dużym stoku miejscowego wzgórza zwanego z dziada pradziada Zamczyskiem, bardzo wysoki Kopiec. Konstrukcja ta powstała w wielkim wysiłku w 1934 roku. Góruje nad płaskim krajobrazem wiejskim, dumnie nosząc tradycyjną nazwę Kopiec Kościuszki. Mierzy on od płaskiego dołka w podstawie aż równo 13,8 metra. Kopiec jest widocznym i trwałym od lat znakiem na mapie wsi, zapraszającym turystów do jego odwiedzenia.
Po politycznej transformacji w Polsce w 1990 roku uznano, że poległym na tych chłopskich polach należy się absolutnie najwyższy honor wojskowy. Pamiątkowa płyta umieszczona na reprezentacyjnym, warszawskim Grobie Nieznanego Żołnierza zawiera złotą, czytelną dla wszystkich i doniosłą dewizę upamiętnienia “RACŁAWICE 4 IV 1794”. Hołd złożono po latach ciszy politycznej.
W roku 1994 urządzono uroczystości na polach blisko starego dworu stojącego w Janowiczkach. W 200. rocznicę uroczyście postawiono w darze dla narodu pomnik. Posąg został odlany został z brązu, dumnie upamiętniając potężnego i dzielnego chłopa pańszczyźnianego z kosą – Wojciecha Bartosa. Historyczny obszar posiada też opiekę prawa polskiego. W 1981 roku całe, rozległe pole słynnej bitwy z Rosjanami wpisano urzędowo do oficjalnego rejestru chronionych zabytków, wpisując dokument pod urzędowy numer rejestru: 1003. Znacznie wyższy akt został wydany kilka dekad później. Rozporządzeniem Prezydenta RP opublikowanym z dnia 14 kwietnia w 2004 roku, nadano przywilej turystyczny obszarowi bitwy. Cały pofalowany teren historycznej bitwy ostatecznie oficjalnie uznano za nietykalny Pomnik historii państwa. Należy również wspomnieć, że pod koniec sierpnia 2023 roku w Janowiczkach uroczyście otwarto ekspozycję prezentującą kopię słynnego obrazu Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Ekspozycja pozwala turystom i mieszkańcom Małopolski obcować z wizją bitwy na terenach, gdzie toczyły się walki kosynierów Tadeusza Kościuszki.

Miejsca fizyczne w terenie to jednak zawsze w narodzie za mało. Wyobraźnię Polaków silnie i nieodparcie kształtowały liczne obrazy artystyczne i genialne filmy w kinach. Bitwa stała się bardzo nośnym narodowo motywem, chętnie podejmowanym przez wybitnych polskich malarzy. Zainspirowała ona powstanie wielu epickich dzieł, obrazujących nasze klęski i zwycięstwa na tle ojczystych pejzaży. Jan Matejko namalował głośne dzieło “Kościuszko pod Racławicami”. Na jego mistrzowskim dziele można z łatwością dostrzec grozę i przerażenie malujące się wokół ataku chłopstwa. Wojciech Kossak, zakochany bardzo w jeździe i starym, dobrym polskim wojsku od lat malował batalie. Namalował urokliwy, ale i budzący respekt obraz “Kościuszko z kosynierami”. Józef Chełmoński przedstawił wydarzenie malując dzieło pod prostym tytułem “Racławice”. Michał Stachowicz uwiecznił z kolei odpoczynek wojsk na płótnie obrazującym “Obóz pod Bosutowem” oraz radość Krakowa pokazując obraz “Wprowadzenie do Krakowa 12 rosyjskich armat zdobytych pod Racławicami”.
Motyw chłopskiej bitwy okazał się niezwykle nośnym i dynamicznym materiałem filmowym. Stał się on kanwą dla dwóch pionierskich produkcji zatytułowanych “Kościuszko pod Racławicami”, które powstały na wczesnym etapie rozwoju kinematografii. Premiera pierwszego z nich odbyła się w 1913 roku, jeszcze w czasach zaborów. Drugi, znacznie nowocześniejszy obraz, wszedł na ekrany w pełnym niepokoju i strachu 1938 roku.
W powojennej Polsce to właśnie Panorama Racławicka pozostaje jednym z najpotężniejszych wyrazów żywej pamięci i hołdem wdzięczności kolejnych pokoleń. Do dziś jest to obiekt niezwykle ceniony i unikalny na skalę europejską. Olbrzymie płótno Jana Styki i Wojciecha Kossaka powstało we Lwowie w 1894 roku i tam było wystawiane aż do II wojny światowej. Po wojnie, gdy Lwów znalazł się w granicach ZSRR, obraz został przekazany Polsce i latem 1946 roku przyjechał do Wrocławia. Czekał tam jednak kilkadziesiąt lat w magazynach na decyzję o udostępnieniu. Przez lata władze komunistyczne unikały tematu ekspozycji obrazu, obawiając się drażnienia Związku Radzieckiego (dzieło przedstawia wszak zwycięstwo Polaków nad Rosjanami). W czerwcu 1980 roku, potajemnie wywieziono zrolowane płótno do Warszawy. Po głośnych protestach i naciskach społecznych, już w listopadzie tego samego roku, Panorama triumfalnie wróciła do stolicy Dolnego Śląska. Ostatecznie dla zwiedzających otwarto ją dopiero w czerwcu 1985 roku. Dzieło współcześnie znajduje się starannie zabezpieczone pod okrągłym betonowym dachem we Wrocławiu.
Zwycięstwo pod Racławicami udowodniło potęgę ludu. Uświadomiło elitom politycznym, że chłop w sukmanie potrafi walczyć o wolność równie zaciekle co arystokrata. Determinacja kosynierów zatrzymała na krótki czas marsz rosyjskiego walca. Rozbicie nieprzyjacielskiej artylerii za pomocą narzędzi typowo rolniczych był fenomenem sztuki wojennej. Błotnisty marsz VI sandomierskiego regimentu piechoty przez Koprzywnicę i Połaniec pokazał logistyczny trud tamtej kampanii. Zrozumienie, że wojny nie wygrywa się samym entuzjazmem, doprowadziło do przełomu. Pobyt wodza insurekcji w Połańcu zaowocował wydaniem rewolucyjnego Uniwersału Połanieckiego. Mimo, że akt został zniszczony przez zaborców, jego duch przetrwał w narodzie na zawsze. Skromny Cmentarzyk Kosynierów w Połańcu, nieopodal ulicy Kilińskiego i Kubika w Połańcu, na małym zadbanym leśnym skwerku, przypomina nam o fizycznej cenie, jaką zapłacono za tamte marzenia. Cmentarzyk kryje w sobie historię pełną poświęcenia i walki o niepodległość. Mają tu spoczywać żołnierze zmarli z ran odniesionych w bitwie pod Racławicami oraz polegli w potyczkach z Rosjanami podczas Insurekcji Kościuszkowskiej.
Dzisiejsza 232. rocznica bitwy pod Racławicami to moment, aby połączyć naszą dumę z pamięcią o ich odwadze. Pamięć o bohaterach przetrwa tak długo, jak długo będą o nich przypominać przydrożne krzyże, pomniki i historyczne publikacje. Połaniec zawsze pamiętał o bitwie pod Racławicami, pamięta i będzie pamiętał.
Cześć i chwała Bohaterom!
MATERIAŁ POWIĄZANY:
Dziękujemy za Twój czas! Każda przeczytana historia to kolejny krok w odkrywaniu przeszłości Połańca. Portal polaniec.com.pl tworzony jest z pasji do historii naszej małej ojczyzny. Jeśli znasz ciekawą historię, posiadasz stare fotografie lub dokumenty dotyczące Połańca i okolic, podziel się nimi z nami. Chcesz dołożyć swoją cegiełkę? Czekamy na Twoją opowieść! Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na Facebooku.






