Dzisiaj, 3 czerwca mija 83 lata od pacyfikacji wsi Stróżki. Równo rok temu opublikowaliśmy na naszym portalu artykuł przypominający o pacyfikacji wsi Strużki pt. „Milczący krzyk historii. Hołd dla ofiar niemieckiego terroru”. Napisaliśmy tam o faktach, datach i liczbach, próbując oddać skalę tej niewyobrażalnej tragedii. W rocznicę tej tragedii chcielibyśmy opublikować nowy wpis, ponieważ pamięć o tej zbrodni nigdy nie zgaśnie. Autorem poniższych wspomnień jest osoba, która odwiedziła to miejsce zaledwie dzień po tragedii.
Ks. dr Marian Mazgaj spisał je w Kalendarzu Franciszkańskim w 1961 roku. Słowa chwytają serce. Z jednej strony czytamy o bezwzględnym okrucieństwie wojny. A z drugiej mamy świadectwo wielkiej wiary i prawdziwego cudu ocalenia. Bo jak można inaczej nazwać przypadek rodziny Izbińskich? Płonęły domy, ginęli ludzie i całe rodziny. Wydawało się, że nikt nie ucieknie z tego koszmaru. To co, wydarzyło się chwilę później, całkowicie zaskoczyło nawet niemieckich oprawców. Poznajcie wstrzasającą historię, która wydarzyła się niedaleko Połańca. Historię okrutnej wojny, wielkiej odwagi i niezwykłym ocaleniu, w które aż trudno uwierzyć. Oddajemy głos świadkowi historii.
* * *
“Pod Twoją Obronę”, 1961 r.
ks. dr Marian Mazgaj
W południowej części Sandomierszczyzny niedaleko małego, ale upamiętnionego przez Kościuszkę miasteczka Połańca, leży wśród lasów mała wioska Strużki. Od północnej strony wioska ta graniczy z dużą i starą wsią Osalą, a od południowo-wschodu ciągnie się historyczna wieś Tursko. Wieś Strużki należy do parafii Niekrasów, która posiada przepiękny i zabytkowy kościół zbudowany z drzewa.
Mieszkańcy Strużek są na ogół biedni i utrzymują się z małych kawałków ziemi i z pracy w pobliskim lesie. Domy ich i zabudowania gospodarcze są małe i pokryte przeważnie słomą. Centralnym punktem wsi jest urząd gminny, w którego lokalu mieściła się przez jakiś czas szkoła. Do najbliższego miasteczka Połańca jest około 10 kilometrów. Ta sama mniej więcej odległość dzieli Strużki od Osieka.
Kiedy przed wybuchem Drugiej Wojny Światowej zaczęto budować szosę z Osieka do Połańca, także mieszkańcy Strużek znaleźli tam pracę i cieszyli się, że wieś ich zyska na znaczeniu przez wzmożenie komunikacji pomiędzy tymi miasteczkami.
Działania wojenne w 1939 roku nie zakłóciły zbytnio życia spokojnej wsi. Tak polskie jak i niemieckie wojska omijały ten teren z powodu braku bitych dróg. Dopiero rok 1943 stał się świadkiem strasznej tragedii, która tam się rozegrała.
Od kilku tygodni żandarmi niemieccy kwaterujący w majątku Rytwiany zaczęli przyjeżdżać furmankami do Strużek i do okolicznych wiosek w celu rekwirowania żywności, krów i świń. Niekiedy zabierano biednym ludziom ostatni kawałek chleba czy też ostatnią krowę z obory. Gestapowcy bili niemiłosiernie tych, którzy próbowali ukryć coś przed nimi, a do uciekających ludzi strzelali jak do dzikiej zwierzyny.
Partyzanci z grupy “Jędrusie” chcąc poskromić trochę wyczyny barbarzyńskich gestapowców, postanowili zlikwidować bez śladu rekwizycyjny oddział żandarmów złożony z kilku osób. W tym też celu w dniu 2 czerwca 1943 roku urządzili na nich zasadzkę obok gajówki na Strużkach.
Żandarmi wracali do domu po dokonanej rekwizycji. Na wozie wieźli dużo żywności i zabitego prosiaka. Kiedy nadjechali na miejsce zasadzki, partyzanci otwarli ogień z ręcznego karabinu maszynowego. Dwóch Niemców zostało zabitych, a jeden dostał się do niewoli.
Nieszczęście chciało, że komenda żandarmerii w Rytwianach tego samego dnia jeszcze dowiedziała się o całym zajściu i natychmiast powiadomiła o tym dowództwo okręgu, które z kolei zadecydowało spalenie wsi Strużek i wymordowanie mieszkających tam ludzi.
Następnego dnia, a było to w niedzielę, żandarmeria z Sandomierza, Staszowa, Opatowa i innych miejscowości przyjechała wczesnym rankiem na 23 samochodach ciężarowych i na wielu mniejszych samochodach. O godzinie 6:05 rano rozpoczęła się krwawa akcja. Liczny oddział gestapowców zaczął otaczać pierścieniem wieś, aby pozbawić mieszkańców możliwości ucieczki. Kiedy już wieś została otoczona, drugi oddział poszedł do akcji. Zadaniem tego oddziału było podpalanie domów i mordowanie ludzi. Trzecia grupa żandarmów ubezpieczała całą zbrodniczą akcję przed ewentualną interwencją partyzantów.
Grupa żandarmerii operująca we wsi zaczęła podpalać domy za pomocą specjalnych świetlnych pocisków oraz przygotowanych do tego celu pochodni. Ludziom nie pozwalano wychodzić z domów. Wychodzących wpychano z powrotem do wnętrza lub też wrzucano w płomienie przez okna. Rozwścieczeni żandarmi nie szczędzili nawet małych dzieci, które chwytali za nogi, roztrzaskiwali o węgły domów, a później wrzucali do ognia. Nie oszczędzali też będącej w połogu kobiety, ale spalono ją żywcem razem z niemowlęciem. To samo spotkało chorych i starców.
Niektórzy młodzi mieszkańcy wsi próbowali ratować się ucieczką, ale przeważnie wszyscy ginęli od kul kordonu żandarmerii otaczającej wieś. Nielicznym tylko osobom udało się szczęśliwie zbiec do lasu lub też w duże już zboża rosnące na polach wokoło wsi.
Partyzanci próbowali bronić Strużek przed zagładą, ale ze względu na przeważające siły wroga i doskonałą jego broń musieli wycofać się z pola walki. Swą interwencją dokonali tylko tyle, że spowodowali zamieszanie w szeregach niemieckich co ułatwiło niektórym mieszkańcom wsi ucieczkę.
Już prawie cała wieś płonęła, gdy podpalacze i mordercy zaczęli zbliżać się do zagrody Izbińskich, w której miało się dokonać dziwne zdarzenie, decydujące o uratowaniu od śmierci całej rodziny.
Główną bohaterką tego zdarzenia stała się siedemnastoletnia Marysia Izbińska, która w tym czasie była w domu z rodzicami i trzema siostrami. Czwarta jej siostra dziewięcioletnia Zosia zdążyła uciec z domu zanim Niemcy otoczyli wieś.
Kiedy Marysia zobaczyła zbliżających się do zagrody żandarmów, zaczęła szukać schronienia. Najpierw wbiegła do domu, ale tu ogarnął ją jeszcze większy strach, gdyż widziała, co się działo z innymi domami. Wtem przyszła jej myśl, aby schronić się do piwnicy stojącej na podwórku, w której trzymano zimą ziemniaki a latem mleko.
Gdy wychodziła z mieszkania, aby zrealizować swą myśl, w ostatniej już chwili ujrzała wiszący na ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który przed miesiącem matka Marysi kupiła w Warszawie. W chwili, gdy oczy Marysi spoczęły na obrazie Maryi Częstochowskiej, do głowy przyszła jej nadzwyczajna myśl: Wezmę ten obraz i będę uratowana. Podeszła więc natychmiast do ściany, drżącymi z przejęcia rękoma ujęła obraz, osłoniła się nim jak tarczą i wychodząc na spotkanie gestapowców zaczęła odmawiać na głos antyfonę Maryjną, “Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko…”
Kiedy wyszła na podwórko, żołnierze z bronią gotową do strzału wchodzili do zagrody. Jedni z nich szli bramą, a inni łamali płoty, aby się dostać do zabudowań. Ci, co szli bramą prowadzili z powrotem ojca Marysi, który chciał uciekać z koniem. Kopiąc go i bijąc kolbami karabinów kazali mu iść do domu. Między tymi żandarmami, którzy weszli na podwórko przez bramę, szedł dowódca.
Gdy gestapowcy zobaczyli Marysię idącą naprzeciw nim, zaczęli krzyczeć najpierw po niemiecku, a później po polsku, aby rzuciła obraz na ziemię. Zdawało się, że oprawcy przerazili się obrazu Maryi. Dowódca zaś, gdy ujrzał Marysię z obrazem Maryi i usłyszał modlitwę, stanął osłupiały, opuścił broń do nogi i zamyślił się głęboko. Kiedy żandarmi chcieli zastrzelić ojca Marysi, nie pozwolił; kiedy usiłowali zapalić dom, zabronił. Kazał natomiast ojcu i siostrom Marysi, aby weszli na dachy zabudowań i bronili je przed ogniem, który leciał z kawałkami strzechy z palących się w sąsiedztwie domów. Sam też gasił ogień powstający w słomie leżącej na podwórku.
Po jakimś czasie komendant, opuszczając zagrodę Izbińskich, powiedział do Marysi i zebranej całej rodziny: “Wy mieliście wielkie szczęście!” Zamknął za sobą bramę od podwórka i udał się za swymi podwładnymi, którzy już mordowali rodzinę Wnuków i podpalali zabudowania.
Marysia weszła teraz do domu, powiesiła obraz na dawnym jego miejscu, następnie padła na kolana i gorąco dziękując Bożej Rodzicielce za wybawienie jej wraz z całą rodziną, prosiła o dalszą opiekę i ratunek…
W południe żandarmi ukończyli swe krwawe dzieło zniszczenia. Odjeżdżając, zabrali ze sobą sołtysa wsi, Jana Sałata, którego zamordowali później w sandomierskim więzieniu. Na miejscu mordu i zniszczenia zostało spalonych żywcem 60 osób i 17 osób rozstrzelanych oraz popioły i zgliszcza z zabudowań ludzkich…
Następnego dnia rano byłem na miejscu tej strasznej tragedii. Pogorzeliska jeszcze dymiły, a w powietrzu roznosił się swąd spalonych ludzkich ciał. Chodziłem od jednego pogorzeliska do drugiego, aby możliwie jaknajwięcej zobaczyć. Widziałem zgorzałe ludzkie ciała, które miały upalone ręce i nogi. Widziałem skurczone od ognia do wielkości męskiego ramienia ciała dzieci. Leżały wśród gasnących węgli ciała matek, wokoło których często widać było zwęglone dzieci. Pośród zgliszczy przesuwali się jak cienie uratowani mieszkańcy wsi. Zostali żywi, ale zachowywali się jak umarli patrząc na pomordowanych i spalonych członków swych rodzin. Niektórzy z nich odchodzili od zmysłów i chcieli się rzucać w dopalające się zgliszcza.
Po kilku dniach odbył się zbiorowy pogrzeb, w którym wzięło udział kilka tysięcy ludzi przybyłych tak z parafii Niekrasów jak i z okolicy. Kondukt pogrzebowy prowadzony przez miejscowego księdza proboszcza, Jana Śmigielskiego i księdza Jana Sroczyńskiego rozciągał się na długość 500 metrów. Był on olbrzymią manifestacją religijno-patriotyczną. Trumny udekorowano biało-czerwonymi wstęgami i niesiono 17 olbrzymich wieńców, które uplotły dziewczęta z całej parafii. Kiedy składano do grobu zwłoki pomordowanych, na cmentarzu nie słychać było nic innego, jak tylko płacz. Opłakiwano tych, którzy polegli, a także płakano nad tragicznym losem Ojczyzny…
W czasie letnich wakacji 1952 r. ksiądz proboszcz Jan Śmigielski wyświadczył mi dużą przysługę. Ułatwił mi bowiem odszukanie bohaterki tego opowiadania Marii Izbińskiej, która po wyjściu za mąż nazywa się obecnie Wawrzykiewicz i mieszka we wsi Pliskowola w parafii Osiek. Marię Wawrzykiewicz spotkaliśmy na polu przy pracy. Bardzo chętnie opowiedziała nam ze wszystkimi szczegółami swoje przeżycia w tym dramatycznym dniu. Mówiła wolno, aby dać mi możność zapisania jej słów. Co chwilę przerywała opowiadanie, gdyż nadmiar łez i uczucia nie pozwalały jej mówić. Trzęsła się na całym ciele i płakała jak dziecko.
Opowiadanie zakończyła słowami: “Wszyscy jesteśmy przekonani, że Matka Boska Częstochowska uratowała nas od śmierci w cudowny sposób. Z wdzięczności za uratowanie, ojciec mój przyrzekł wybudować we wsi kaplicę Matki Bożej, aby tam co roku w rocznicę spalenia wsi odprawiała się Msza święta za dusze pomordowanych. Umarł jednak przed spełnieniem ślubu. Zdążył tylko zakupić na ten cel kamienie. My, dzieci, musimy to zrobić za ojca.
Wieś Strużki obecnie już odbudowana. Na zgliszczach spalonych zabudowań i ziemi, w którą wsiąkła krew rozstrzelanych, stoją świeżo pobudowne domy i rosną łany zbóż. W ścianach wielu domów czernieją opalone bale, jako pozostałość z dawnych zabudowań, które mówią mieszkańcom Strużek o historii sprzed lat…
Materiał źródłowy
* * *

Ks. Marian Mazgaj, urodził się 6 grudnia 1923 roku w Gaju k. Osieka. Jego rodzicami był Józef i Józefa z domu Soja. W czasie II wojny światowej był żołnierzem Armii Krajówej placówka Łoniów. Następnie działał w oddziałach partyzanckich: 3 Lotnej Grupie Bojowej AK (znanej też jako “Grupa Tarzana” albo “Grupa Orlicza” 1943-1944) oraz “Jędrusiach” i 2. Pułku Piechoty AK 1944-1945.
Opisana przez niego historia Marysi Izbińskiej z obrazem Matki Boskiej w dłoniach, daje do myślenia. Jest jasnym punktem w tej mrocznej opowieści. Nawet w najgorszym piekle może zdarzyć się cud. Niestety wielu jej sąsiadów nie miało tyle szczęścia. W tamten tragiczny dzień zginęło aż 74 osoby. Niemcy nie oszczędzali ani starszych, ani małych dzieci.
Dziś Strużki to znów spokojna wieś. Jednak przeszłość wciąż jest tu obecna. Zbrodnia z 3 czerwca 1943 roku nie odchodzi w niepamięć, lecz staje się wiecznym ostrzeżeniem i lekcją dla całej dzisiejszej Europy. Pamiętajmy o Strużkach. Pamiętajmy o naszej historii. Pamiętajmy o ofiarach niemieckiego terroru.
* * *
Dziękujemy za Twój czas! Każda przeczytana historia to kolejny krok w odkrywaniu przeszłości Połańca. Portal polaniec.com.pl tworzony jest z pasji do historii naszej małej ojczyzny. Jeśli znasz ciekawą historię, posiadasz stare fotografie lub dokumenty dotyczące Połańca i okolic, podziel się nimi z nami. Chcesz dołożyć swoją cegiełkę? Czekamy na Twoją opowieść! Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na Facebooku.








Z przykrością stwierdzam że o rodzinie Izbińskich była i nadal jest inna opinia , na własne uszy jako dziecko słyszałem jak w moim rodzinnym domu w latach pięćdziesiątych pracownik instytutu Pamięci Narodowej, rozmawiał z rodzicami by zechcieli złożyć przed sądem zeznania o zdradzie rodziny Izbińskich i współpracy z niemieckim okupantem. Mama wówczas odpowiedziała że nie będzie stawała przed sądem tych zdrajców niech sądzi Pan Bóg. Ten fragment rozmowy utkwił w mojej pamięci i nigdy go nie zapomnę . W dniu najazdu, pacyfikacji wsi Strużki moja mama osiwiała w ciągu kilku godzin i nigdy do końca życia nie pozbyła się tej traumy.
Cześć pamięci pomordowanych.
Zbigniew Szaniawski.
Zbigniew co nie zmienia faktu, że to było dziecko. Powiedz mi, co zawiniła ta dziewczynka? Nawet jeśli okazałoby się, że rodzice byli kolaborantami nie zmienia to w ogóle faktu, że to BYŁO DZIECKO. Skoro do tej pory IPN nie wyjaśnił tej sprawy, to nie zostanie ona nigdy wyjaśniona.