W dzisiejszym cyklu reportaży historycznych chcielibyśmy zaprosić pasjonatów historii do przeczytania unikalnego dokumentu z tamtych lat. Jest nim reportaż opublikowany pierwotnie w Kalendarzu Franciszkańskim na rok 1960, ukazujący brutalne realia walki. Autor tekstu nie był zwykłym obserwatorem, a bezpośrednim uczestnikiem opisywanych wydarzeń. Tekst napisał Marian Mazgaj. W czasie wojny posługiwał się on pseudonimem “Kozak”. Jego relacja nie jest tylko suchym opisem pola bitwy. Stanowi bardzo głębokie świadectwo wiary młodego człowieka. Centralnym motywem jego wojennych wspomnień jest obraz Matki Boskiej Wysiedlonej.
Aby zrozumieć znaczenie tego obrazu, trzeba cofnąć się do początków okupacji. W czasie wojny Niemcy prowadzili brutalne akcje wysiedleńcze. Wiele ziem polskich zostało bezpośrednio włączonych do III Rzeszy. Tysiące Polaków z dnia na dzień straciło swoje domy. Ludność polską masowo i brutalnie deportowano do Generalnego Gubernatorstwa. Ludzie tracili cały dorobek swojego życia. Byli pakowani do bydlęcych wagonów i wywożeni w nieznane. W tych bardzo tragicznych warunkach narodził się niezwykły kult religijny. Ktoś z wysiedlonych namalował wizerunek Matki Bożej, która dzieliła trudny los tułaczy.
Obraz szybko zaczęto powielać. Małe papierowe obrazki trafiały do rąk ludzi wyrzuconych z domów. Dawały im one nadzieję i siłę do przetrwania w trudnym czasie. Z biegiem czasu wizerunek ten stał się również wielkim duchowym oparciem dla żołnierzy podziemia. Partyzanci z Armii Krajowej zmagali się z ogromnymi siłami wroga. Często brakowało im broni. Nie mieli wystarczającej ilości amunicji. Brakowało im także podstawowego wyposażenia wojskowego i ciepłych ubrań. W takich trudnych warunkach aspekt psychologiczny odgrywał kluczową rolę w walce. Otrzymane od miejscowych kobiet małe obrazki z Matką Boską Wysiedloną stanowiły dla wielu partyzantów osobisty talizman. Były one znakiem wyższej opieki w beznadziejnych sytuacjach.
Pod koniec wojny, w latach 1944-1945, Marian Mazgaj walczył w szeregach 2 Pułku Piechoty Armii Krajowej. Doświadczenie bojowe zdobyte w tych elitarnych jednostkach ukształtowało go na całe późniejsze życie. Po wojnie spisał swoje cenne wspomnienia. Zrozumienie wydarzeń opisanych w starym reportażu wymaga zidentyfikowania poszczególnych postaci. W konspiracji nikt nie posługiwał się swoim prawdziwym nazwiskiem. Używano wyłącznie pseudonimów. Miało to na celu ochronę samych żołnierzy i ich rodzin przed aresztowaniami ze strony niemieckiego Gestapo. Dekonspiracja oznaczała najczęściej pewną śmierć lub zsyłkę do obozu koncentracyjnego.
- “Kozak” – Marian Mazgaj, żołnierz 3 Lotnej Grupy Bojowej AK oraz “Jędrusiów”. Autor reportażu i świadek wydarzeń. Przeżył wojnę. Wyemigrował z Polski do USA. Został duchownym i spisał swoje wspomnienia.
- “Kaktus” – Tadeusz Franciszek Struś, kapitan, a później major. Szef Kedywu Inspektoratu Sandomierz. Dowódca akcji w Szczucinie. Aresztowany przez komunistów po wojnie za walkę o wolną Polskę. Zmarł po odbyciu ciężkich wyroków więzienia.
- “Pikolo” – Jan Spasowicz, odważny żołnierz oddziału partyzanckiego “Grupa Tarzana” oraz innych lokalnych struktur. Aktywnie walczył w strukturach radomsko-kieleckich jednostek Armii Krajowej.
- “Orzeł” – Leon Siatrak, kwatermistrz słynnej “Grupy Tarzana”. Odpowiadał za logistykę i przetrwanie ludzi. Organizował trudne zaopatrzenie oddziału w jedzenie, mundury i broń w czasie ciągłych walk.
- “Cap” – Marian Gaj, lojalny partyzant pochodzący z Padwi nad Wisłą, leżącej niedaleko Baranowa. Został trafiony w oko w Szczucinie. Poległ w kolejnej walce z Niemcami w Osieku w 1944 roku.
- “Błyskawica” – Bolesław Szeląg, młody partyzant pochodzący z Wielogóry zlokalizowanej pod Sandomierzem. Został ciężko ranny w płuca. Zginął tragicznie po wojnie. Utonął w głębokim stawie w Skotnikach.
- “Sęp” – Edward Stawiarz, żołnierz pochodzący z Komornej. Skierowany do Lotnej Grupy Bojowej, dołączył do jej struktur w Janowicach w lipcu 1943 roku. Nastąpiło to bezpośrednio po pierwszej, zakończonej sukcesem akcji bojowej tego oddziału, polegającej na rozbrojeniu granatowych policjantów.
* * *
“Matka Boska Wysiedlona ratuje partyzanta”, 1960 r.
ks. dr Marian Mazgaj
W Drugiej Wojnie Światowej, w czasie okupacji niemieckiej – w związku z wysiedlaniem wszystkich Polaków z Ziem Polskich, które Niemcy włączyli wówczas do Rzeszy Niemieckiej – ktoś z wysiedlonych, w głębokiej wierze w cudowną Opiekę nad wysiedlonymi Matki Bożej, Królowej Korony Polskiej – namalował obraz Matki Bożej Wysiedlonej… Obraz ten następnie zaczęto powielać w formie małych obrazków i rozpowszechniać głównie wśród wysiedlonych ze swych domów i gospodarstw Polaków, aby im dodać otuchy do przetrwania, w głębokiej wierze, że razem z nimi została wysiedlona Matka Boska, Królowa Korony Polskiej i nadal jest wśród nich, dzieląc z nimi los tułaczy, jako ich Matka i Opiekunka…
Poniższe opowiadanie nawiązuje do cudownej Opieki Matki Boskiej Wysiedleńców nad polskim żołnierzem z partyzantki Armii Krajowej, który schronił się pod Jej Cudowny Płaszcz Opiekuńczy w najtragiczniejszej chwili swego życia…
Grupa partyzantów Armii Krajowej, pod wodzą kapitana “Kaktusa”, po rozbrojeniu w Sandomierzu niewielkiego oddziału niemieckiego w jesieni 1943 roku, szykuje się do nowej operacji zbrojnej w Szczucinie nad Wisłą. Partyzanci zapoznają się ze szczegółami przyszłej akcji i przygotowują się do niej. W przyszłej akcji liczą nie tylko na własne siły, ale głównie pokładają ufność w pomocy Bożej… Chodzi tu o zdobycie broni i materiału wybuchowego do walki o wolność uciemiężonego przez Niemców Kraju. Na kilka dni przed zamierzoną “robotą” pewna pobożna niewiasta wręczyła każdemu z partyzantów obrazek Matki Boskiej Wysiedlonej mówiąc, że to się przyda w różnych niebezpiecznych chwilach.
Przygotowania do akcji na ukończeniu. Wszyscy niecierpliwie wyczekują chwili wymarszu. Nareszcie przychodzi upragniona chwila. Serca biją żywiej i radośniej. Po ostatniej, udanej akcji wszyscy są pełni optymizmu. Równocześnie ze zmrokiem wsiadamy na furmanki i jazda. Błoto chlapie pod końskimi kopytami. Listopadowy chłód przenika do kości. Nocą już chwyta przymrozek. Po kilku godzinach jazdy oddział zatrzymuje się opodal małej, wąskotorowej stacji kolejowej w Sieragach koło Połańca. Tu zostawiamy furmanki, na które planujemy przeładować zdobytą na Niemcach przywiezioną z powrotem kolejką broń. Tu też mamy wsiąść na pociąg i nim dojechać do Szczucina, gdzie przy moście kolejowym stoją niemieckie baraki wojskowe, w których straż mostowa ma dużo broni, amunicji i materiałów wybuchowych.
Kilka kilometrów od stacji kolejowej w Sieragach idziemy piechotą w kierunku Szczucina. Czerwonym światłem lampki elektrycznej zatrzymujemy jadącą kolejkę, by uniknąć wsiadania na stacji ze względu na niemieckich konfidentów, którzy tam mogli się znajdować. Pociąg posłusznie staje. Pasażerowie zdziwieni i przestraszeni wyglądają oknami wagonów. Do lokomotywy wsiada obsługa ręcznego karabina maszynowego. Inni ubrani częściowo w niemieckie lotnicze i kolejowe mundury wsiadają do wagonów. Pociąg rusza w dalszą drogę, aby na godzinę 11-tą wieczorem dojechać do Szczucina. Pasażerowie po chwili orientują się, że ci młodzi ludzie wsiadający do wagonów to nie Niemcy, choć w niemieckich mundurach, ale swoi “chłopcy z lasu”. Zaczynają się teraz rozmowy, życzliwe uśmiechy i życzenia pomyślności w “robocie”.
A oto zbliżamy się do mostu kolejowego strzeżonego przez czterech uzbrojonych po zęby wartowników. Pociąg zwalnia biegu. Dwóch naszych szykuje się, aby rozbroić dwóch pierwszych wartowników. Już skoczyli. Przy nikłych światłach widać jak Niemcy posłusznie podnoszą ręce i pozwalają sobie zabrać broń. Widząc to z większą pewnością siebie czekamy na dwóch następnych wartowników i na wartę przy barakach. Pociąg przystaje. Dwóch partyzantów wyskakuje z bronią gotową do strzału, aby rozbroić drugą wartę. Z lewej strony pociągu wartownik bez oporu oddaje broń w ręce partyzanta. Inaczej rzecz się ma po prawej stronie gdzie wartownik na wezwanie “Kozaka”: “Haende hoch! – ręce do góry!” odpowiada ogniem z pistoletu. Strzela w “Kozaka” raz i drugi i nie trafia. Trzeci strzał to samo. “Kozak” też pudłuje, strzelając z karabinu do Niemca. Ktoś strzela z boku i Niemiec wali się jak długi na zasieki z kolczastego drutu.
W tym samym momencie Niemcy otwierają ogień z broni maszynowej ze zbudowanych uprzednio stanowisk ogniowych. Ktoś strzela rakietę. Robi się widno jak w dzień. Przy sposobności nasz erkaemista strzela całymi seriami do ostrzeliwujących nas Niemców. Na chwilę strzelanina przycichła. W mieście wyją syreny alarmowe. To znak, że oddziały niemieckie kwaterujące w mieście idą swoim na pomoc. Teraz Niemcy strzelają jedną rakietę po drugiej. Ułatwia im to ostrzeliwanie naszych ludzi nacierających na baraki obłożone workami z piaskiem. Padają pierwsze granaty ręczne… Straszne detonacje i lecą odłamki… “Kaktus” zaś ostrzeliwuje Niemców ze zdobytego uprzednio pistoletu maszynowego. Po chwili strzelania pistolet odmawia posłuszeństwa… Ślimakowaty magazynek nie podaje amunicji. Przy tym kapitan zostaje ranny odłamkiem granatu w czoło. Chwieje się ogłuszony i słabym głosem woła: “Chłopcy, cofamy się, bo tu piekło!” W tym czasie “Cap” dostaje trzonkiem ręcznego granatu w oko, traci przytomność i na chwilę upada. Za chwilę zrywa się zalany krwią i resztkami wypływającego oka. Drugim okiem, chociaż nie uszkodzonym chwilowo też nic nie widzi. Instynktem wiedziony pełza ku naszym. Wreszcie trafia na kolegów, którzy biorą go pod ręce i prowadzą w kierunku mostu. “Błyskawica” przy pomocy karabinu rwie siatkę w oknach baraku i wrzuca do środka granaty. Dostaje postrzał w piersi. Kula przeszła między żebrami i prawym płucem. Natychmiast traci siły i czuje duszność i straszny ucisk w piersiach. Powietrze wchodzi do klatki piersiowej przez otwór po kuli i robi się odma płuc. Wyciąga rewolwer by się dobić, ale koledzy zauważyli to w porę, odbierają mu broń i tak jak “Capa” pod ręce prowadzą do mostu. Tu też kule już coraz częściej padają.
Z miasta i okolicy nadchodzą Niemcom posiłki… W międzyczasie “Sęp” dostaje postrzał w rękę i traci w niej władzę. Ostrzeliwuje się tylko jedną ręką… “Orzeł”, który razem z “Pikolo” ostrzeliwali Niemców ze stanowiska zajętego w lokomotywie zmuszeni zostali do zmiany stanowiska ogniowego, gdyż dostali się pod silny ogień niemieckiego karabinu maszynowego “MG”. Nowe stanowisko zajmują na torze kolejowym. “Kozakowi” zacina się karabin. Łuska po strzale zostaje w porowatej trochę komorze nabojowej. Ogień ze strony niemieckiej wzmaga się z każdą chwilą. “Kozak” z nieużytecznym karabinem leży przygwożdżony do ziemi ogniem niemieckiego karabinu maszynowego… Stanowisko jego tak jak i stanowisko “Orła” i “Pikolo” są najbardziej oddalone od mostu, z którego należało się wycofywać. Słyszy, że koledzy cofają się na rozkaz kapitana. On się wycofać nie może ze względu na chwilowy silny ogień… Niemieckie pociski walą po pustym pociągu, z którego pasażerowie ulotnili się w pierwszej chwili walki… Na szczęście nikt z nich nie zginął.
“Kozak” usiłuje się cofać za innymi do mostu, ale widzi już na moście strzelających Niemców. Pozostaje mu tylko jedna droga wpław przez Wisłę, gdyż od miasta ciągną już Niemcy i most też zablokowany. Z obawy dostania się rannym w ręce niemieckie, przychodzi “Kozakowi” pokusa strzelenia sobie z rewolweru w głowę, ale natychmiast odrzuca pokusę… Przechodzi czołgając się pod kolczastymi zasiekami z drutu do brzegu Wisły i po cichu wchodzi w wodę. Idąc w wodzie dochodzi szczęśliwie na wysokość drugiego przęsła mostowego. Między drugim a trzecim przęsłem traci grunt pod nogami i zaczyna płynąć… Zagwożdżony karabin ubezwładnia mu lewą rękę i utrudnia pływanie. Pięciokilogramowa mina z trotylu ciągnie go na dno rzeki… Pływanie coraz bardziej wyczerpuje rannego partyzanta, tym bardziej że wojskowe, saperskie buty z szerokimi, krótkimi cholewami utrudniają ruchy nóg… Prąd wody obraca nim coraz to bardziej. Żeby utrzymać się na powierzchni, potrzebna jest druga ręka… Decyduje się na puszczenie na dno rzeki i tak już nieużytecznego a tak bardzo ciążącego karabinu. To pomogło na chwilę gdyż grube zimowe ubranie nasiąka coraz bardziej wodą i krępuje każde poruszenie… Najgorsze te saperskie buty, które teraz najwięcej ciągną na dno…
Nagle światło rakiet oświetla płynącego z prądem wody “Kozaka”. Biorą go na cel Niemcy… Pociski pluskają po wodzie, siekąc ją niczym bicze ale żaden z nich nie trafia rannego… Gdy rakieta następna błyska, usiłuje zanurzać się w wodę… To jednak nie jest możliwe na dłuższą metę. Już kilka razy wbrew woli zanurzył się w wodzie… W ustach smak wiślanej wody, a płucom brak powietrza. Zanurza się w wodzie coraz więcej i więcej…
Jednak coś się dzieje z tym na wpół jeszcze przytomnym człowiekiem. Jakaś siła podrywa go z błotnistego dna Wisły i podrzuca do góry… Jakaś nowa siła wstępuje w jego zdrętwiałe już poprzednio mięśnie… W ostatniej jakby chwili swego życia przypomniał sobie, że ma w kieszeni obrazek Matki Boskiej Wysiedlonej… Obrazek ten zawsze nosił przy sobie. Serce zaczyna bić mocniej, a usta szepcą: – Maryjo, ratuj!– Ten obrazek, szary, mały, zwykły obrazek, stawił mu przed oczy Niebieską Matkę z wyciągniętą ku niemu dłonią na ratunek z zimnej topieli. – Matko, ratuj! – woła całym swym jestestwem “Kozak” i znów zaczyna płynąć. Walcząc z żywiołem wodnym, udaje mu się dziwnym sposobem zsunąć but jeden, a potem i drugi… A to tak bardzo pomogło! Płynie teraz na wznak i pozwala się nieść wodzie, byle tylko dalej i dalej od Niemców… Ci zaś widząc go tonącego widocznie przypuszczali, że zastrzelony przez nich — utonął…
“Kozak” zaś, niesiony przez fale – płynął dalej z prądem i szukał jedynie gruntu pod nogami. Po pewnym czasie natrafił szczęśliwie na błotniste dno rzeki i ostatkiem sił dowlókł się do skrawka lądu, który w tym miejscu wrzynał się w formie półwyspu w rzekę. Tam runął na ziemię, wyczerpany do ostatka… Jednak mroźne powietrze rychło przywróciło go do równowagi, zaś rozsądek kazał odejść dalej od miejsca walki. Lekki przymrozek oraz ostre pieńki wyciętych wiklinowych pręci boleśnie raniły mu stopy. Mimo to szedł uporczywie naprzód, z twarzą zabrudzoną wiślanym mułem i krwią płynącą z ran zadanych przez kolczaste zasieki… Szedł naprzód, omijając pole walki, byle dalej i dalej w dół Wisły… I tak znalazł wał wiślany, oddalał się nim od Szczucina, coraz bardziej idąc w kierunku Połańca.
Tak idąc, po godzinnym przeszło i uciążliwym marszu – zauważył migające światło w oknie jakiegoś domu… Tam na pewno ktoś mieszka… Może udzieli rannemu partyzantowi pomocy… Zbliża się zatem ostrożnie do pierwszych zabudowań wiejskich, a kiedy podchodzi już blisko domu – światło w oknie gaśnie… Na jego lekkie stukanie w okno, nikt się nie odzywa…– Jestem partyzantem, polskim żołnierzem, jestem ranny i potrzebuję pomocy… – woła przyciszonym głosem “Kozak”. Jednak cisza panuje dalej w domostwie i nikt się nie odzywa… Dopiero mocniejsze stukanie pomogło… Słychać głos wystraszonej kobiety: – Panie, ja nie otworzę, bo się bardzo boję, niech pan idzie gdzie indziej... – Jednak w tym samym czasie ktoś otwiera okno w drugiej części domu i słychać głos męski: – Pozwól pan do mego mieszkania, ja również walczyłem o niepodległość Polski i pana dobrze rozumiem!
Otwarły się gościnne podwoje. Zaopiekowano się rannym “Kozakiem”… Wymył się z błota i krwi i przebrał w suchą bieliznę i odzież… Zaś w kuchni przygotowano dla niego gorący posiłek… Potem czekało go rozebrane łóżko gospodarza, w którym legł i zasnął snem kamiennym… Po chwilowym odpoczynku przewieziono go wozem do odludnej chłopskiej zagrody położonej wśród pól, gdyż obawiano się porannych niemieckich patroli.
Tam pod troskliwą opieką gospodarzy i całodziennym wypoczynku, furmanką zaprzężoną w parę dobrych koni, wyruszył “Kozak” w dalszą drogę, aby dołączyć do swego leśnego oddziału… Kolegów spotkał na kwaterach przejściowych – w starym dworku w Ruszczy koło Sulisławic. Radość oraz zdziwienie były wielkie, gdy zobaczono “Kozaka” żywego… Bowiem wielu kolegów twierdziło, że… “widzieli” go ciężko rannego lub nawet zabitego przy torze kolejowym. Toteż każdy chciał jak najrychlej dostać go w swe przyjacielskie objęcia i pogratulować mu cudownego ratunku i szczęśliwego powrotu do oddziału.
Wszyscy bowiem wierzyli głęboko, że do jego szczęśliwego powrotu przyczyniła się Matka Zbawiciela i Matka nasza, do Której zwrócił się młody partyzant w beznadziejnej już dla niego sytuacji… Ona podała tonącemu rękę i wyciągnęła go z wiślanej, zimnej głębi… Ona dodała mu sił, by szczęśliwie dotarł do brzegu… Ona też przeprowadziła go bezpieczną drogą wśród Niemców do kwatery oddziału.
Po kilkunastu tygodniach i “Cap”, choć z wybitym okiem, i “Błyskawica” z przestrzeloną piersią, a nawet “Sęp” z przestrzeloną ręką – byli znów gotowi, aby pod wodzą wyleczonego z rany kapitana “Kaktusa” brać udział w dalszych walkach o wyzwolenie Ojczyzny.
Następnego roku, w czasie potyczki z Niemcami w Osieku zginął “Cap”, trafiony śmiertelnie nieprzyjacielskim pociskiem w drugie oko. Wzorowego i nieodżałowanego Kolegę pochowaliśmy na cmentarzu parafialnym w Sulisławicach. Nazywał się Marian Gaj i był rodem z Padwi nad Wisłą, koło Baranowa.
“Błyskawica”, którego właściwe nazwisko było Bolesław Szeląg, a rodem był z Wielogóry pod Sandomierzem, wiele jeszcze razy ranny w następnych bitwach, zginął śmiercią tragiczną, utopiony w głębokim stawie w Skotnikach, koło Sandomierza.
Los kapitana “Kaktusa” również tragiczny… Jak wieść niesie, gnije w komunistycznym więzieniu, bo zbyt kochał Polskę i walczył o jej prawdziwą wolność – nie komunistyczną… Był to człowiek wielkiego serca i wspaniałego charakteru… Obdarzony głęboką mądrością, przewidywał skutki nowej okupacji Polski, tym razem sowieckiej.
“Kozak”, który cudem uniknął śmierci, ofiarował swe życie na służbę Tej, która raz je uratowała.
Inni wreszcie – przeszedłszy gehennę komunistycznych tortur – cudem ocaleni – dziś, rozrzuceni po całej Polsce i poza Jej granicami – pracują nadal dla Boga i Ojczyzny i powiadają obecnemu pokoleniu o swych przeżyciach z okresu ciężkiej walki z dwoma krwawymi najeźdźcami na Polskę – hitlerowskimi Niemcami i komunistyczną Rosją sowiecką…
Materiał źródłowy
* * *
Przedstawiony powyżej artykuł księdza Mariana Mazgaja pozwala dzisiaj na bardzo dokładną analizę mechanizmów prowadzenia brutalnej walki podjazdowej. Była to metoda masowo stosowana przez mobilne oddziały Armii Krajowej. Akcja “komandosów” Kedywu (Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej) przeprowadzona jesienią 1943 roku w miejscowości Szczucin miała fundamentalne znaczenie. Jej nadrzędnym celem było zaatakowanie silnie uzbrojonych niemieckich wartowników stojących przy moście kolejowym. Chodziło o fizyczne przejęcie nowej broni oraz dużej ilości materiałów wybuchowych. Kedyw miał trzy główne zadania: sabotaż i dywersję, terror i odwet wobec okupanta oraz obronę społeczeństwa. Ostatecznie partyzanci zdobyli jedynie 3 karabiny. Podczas walki straty niemieckie wyniosły około 10 zabitych i rannych. Po stronie polskiej ciężko rannych było dwóch żołnierzy, a trzej odnieśli lekkie obrażenia.
Akcja charakteryzowała się bardzo dużym stopniem wojskowego skomplikowania. Wymagała wybitnych umiejętności. Lokalne dowództwo podziemia musiało bardzo precyzyjnie koordynować skomplikowane przemieszczanie się sił zbrojnych w nocy. Cały początkowy transport partyzantów odbywał się przy użyciu bardzo wolnych furmanek. W późnych, trudnych listopadowych warunkach, przy szybko obniżającej się temperaturze otoczenia i wszędobylskim błocie, marsz stanowił ogromny wysiłek fizyczny dla młodych ludzi. Należy stale pamiętać, że ukrywający się partyzanci w tamtym okresie cierpieli na permanentne braki odpowiedniego wyposażenia. Nie mieli odzieży zimowej. Brakowało im także butów i wszelkich medykamentów. Ich ciała były często skrajnie wyczerpane codziennym życiem w lesie.
Bardzo interesującym z punktu widzenia taktyki wojskowej był sprytny manewr nagłego opanowania kolejki wąskotorowej. Miało to miejsce pod małą stacją w Sieragach zlokalizowaną blisko Połańca. Dowódca uniknął w ten sposób wsiadania na samej stacji. Zrobił to celowo, aby uchronić oddział przed wykryciem przez miejscowych niemieckich konfidentów. Fizyczne przejęcie transportu w biegu i częściowe, bardzo szybkie przebranie żołnierzy Armii Krajowej w ukradzione niemieckie mundury lotnicze i kolejowe dało ogromną przewagę. Umożliwiło to oddziałowi błyskawiczne i ciche dotarcie bezpośrednio na silnie bronione pozycje wroga. Zrobiono to w Szczucinie idealnie o zaplanowanej godzinie jedenastej wieczorem. Wykorzystanie cudzej infrastruktury przeciwko samemu wrogowi było bardzo klasycznym, ale skutecznym elementem szybkich działań dywersyjnych Kedywu. Świadczy to dzisiaj o bardzo wysokich kompetencjach dowódczych kapitana “Kaktusa”, czyli inżyniera Tadeusza Strusia.
Niestety, na wojnie plany bardzo rzadko idą idealnie. Mimo początkowego, pełnego elementu zaskoczenia strażników, silny i desperacki opór jednego z niemieckich wartowników wywołał gwałtowną i głośną odpowiedź reszty garnizonu. Relacja bardzo dokładnie, krok po kroku opisuje absolutną przewagę ogniową zorganizowanego przeciwnika. Niemcy od razu użyli stacjonarnej broni maszynowej o wielkiej szybkostrzelności (tzw. “MG”, czyli Maschinengewehr). Zajęli dobrze umocnione pozycje bojowe ukryte za rzędami worków z piaskiem. Natychmiast wystrzelili świetlne rakiety oświetlające całe niebo. Rakiety te opadały powoli, oświetlając wszystko na ziemi. Całkowicie uniemożliwiły one partyzantom bezpieczne ukrycie się w nocnej ciemności. Zamieniły one środek nocy w jasny dzień. Dodatkowo, wszystkie pobliskie zmotoryzowane oddziały niemieckie z okolicznych miejscowości natychmiast zareagowały na głośny dźwięk wyjących syren alarmowych. Zmusiło to lekko uzbrojony oddział podziemia do gwałtownego, natychmiastowego odwrotu w celu uniknięcia okrążenia.
Militarny wymiar osobistej relacji Mariana Mazgaja bardzo precyzyjnie oddaje znane wojskowe zjawisko tak zwanej “mgły wojny”. Jest to określenie wszechobecnego chaosu, krzyku i całkowitej nieprzewidywalności na polu bitwy. Stara, używana broń partyzantów była często przestarzała lub mocno zanieczyszczona z powodu trudnych warunków polowych. Zawodziła ona masowo w najważniejszych, decydujących momentach zderzenia z wrogiem. Specjalny, ślimakowaty magazynek w zdobytym wcześniej pistolecie maszynowym dowodzącego kapitana “Kaktusa” nagle przestał podawać potrzebną amunicję. Ciężki karabin samego “Kozaka” uległ całkowitej awarii. Pęknięta, nagrzana łuska zablokowała się na dobre w wyrobionej, porowatej komorze nabojowej. Te techniczne, z pozoru małe detale pokazują bezradność pojedynczego żołnierza. Zostaje on w ułamku sekundy pozbawiony możliwości jakiejkolwiek skutecznej obrony w obliczu wrogiego ostrzału z niezawodnych karabinów maszynowych.
Z tak szczegółowo opisanej, brutalnej akcji zbrojnej można wyciągnąć również bardzo cenne wnioski historyczne dotyczące skali obrażeń ciał i pomocy medycznej w konspiracji leśnej. Młodzi partyzanci odnieśli bardzo poważne, często śmiertelne rany. Jan Spasowicz “Pikolo” oraz Leon Siatrak “Orzeł” musieli uciekać pod zaporowym ogniem maszynowym wroga, ukrywając się rozpaczliwie za elementami parowozu. Bolesław Szeląg, znany szerzej jako “Błyskawica”, został celnie postrzelony prosto w klatkę piersiową. Szybko pędząca kula gładko przebiła jego tkanki między żebrami i uszkodziła prawe płuco. Z medycznego punktu widzenia wywołało to błyskawiczną i bardzo niebezpieczną odmę płucną. Płuco zapadało się, a partyzant powoli się dusił na oczach kolegów.
Brak jakiejkolwiek profesjonalnej pomocy lekarskiej bezpośrednio na zimnym polu walki sprawiał, że ranni żołnierze wpadali w panikę. Często woleli szybko popełnić samobójstwo z własnej broni, niż wpaść jako jeńcy w bezlitosne ręce Gestapo. Powszechnie wiedziano, że wrogi wywiad stosuje potworne tortury podczas krwawych przesłuchań. Wyciągnięcie rewolweru przez dławiącego się własną krwią “Błyskawicę” było wielkim gestem rozpaczy. Na szczęście, w porę powstrzymali go przed strzałem w głowę zszokowani koledzy z oddziału. Z kolei Marian Gaj, pseudonim “Cap”, wyciągnięty cudem z pola ostrzału, kontynuował bolesną ewakuację mimo absolutnie drastycznej rany głowy. Uderzył go z wielką siłą oderwany trzonek niemieckiego granatu ręcznego. Oko dosłownie wypłynęło mu na zalaną gorącą krwią twarz, a partyzant chwilowo stracił całkowicie wzrok w obu oczach. Instynkt przetrwania był jednak na tyle silny, że chłopak zaczął instynktownie pełznąć po zimnej ziemi w stronę głosów swoich rówieśników z grupy. W tym samym trudnym czasie inny partyzant, noszący konspiracyjny pseudonim “Sęp”, dostał silny postrzał prosto w rękę. Utrata władzy w jednej z kończyn wymusiła na nim bohaterskie i rozpaczliwe ostrzeliwanie się wroga, przy użyciu tylko jednej, wciąż sprawnej dłoni.
Sam przymusowy odwrót Mariana Mazgaja przez lodowate i zdradliwe wody szerokiej rzeki Wisły to z kolei bardzo rzadko spotykany wręcz obraz desperackiego heroizmu. Mazgaj w samotności podczołgał się pod same rzeczne zasieki z drutu kolczastego. Ciało krwawiło od ostrych kolców szarpiących odzież. Następnie cicho wszedł w przeraźliwie zimną listopadową wodę. Między drugim a trzecim stalowym przęsłem zablokowanego mostu całkowicie stracił jakikolwiek grunt pod nogami. Obciążony dużą, ważącą aż pięć kilogramów potężną miną trotylową przeznaczoną wcześniej do wysadzenia mostu, tracił siły. Dodatkowo ciążył mu zagwożdżony karabin wojskowy, pełen wojskowy rynsztunek i szybko nasiąknięte brudną wodą grube, zimowe ubrania. Bardzo szybko znalazł się on na bardzo cienkiej granicy zgonu.
Najważniejszą do przeżycia decyzją, pozwalającą mu ostatecznie utrzymać głowę na powierzchni rwącego nurtu rzeki, było trudne odrzucenie cennego karabinu na dno rzeki. Następnie musiał w wodzie pozbyć się niezwykle ciężkich, sztywnych saperskich butów. Buty z wysokimi, skórzanymi cholewami nabrały kilogramów wody i ciągnęły go nieubłaganie prosto w stronę ciemnego dna Wisły. Długa przeprawa pływacka przez obcą rzekę, cały czas pod prowadzonym z mostu gęstym ostrzałem karabinów maszynowych, w zimnej nocy, spowodowała u chłopaka ogromne i zagrażające życiu wychłodzenie organizmu, czyli hipotermię. Gdy rakiety świetlne oświetlały na moment taflę rzeki, niemieckie pociski uderzały gęsto wokół jego głowy niczym ostre baty. Mazgaj musiał wbrew własnej woli nurkować pod wodę, tracąc resztki tlenu w chorych płucach.
I właśnie w tym ostatecznym, najczarniejszym momencie wojny, silna wiara religijna zdeterminowała całkowicie jego niesłabnącą chęć przetrwania za wszelką cenę. Gorączkowa modlitwa do Matki Boskiej Wysiedlonej dała mu nadludzką wręcz siłę do dalszej, bardzo nierównej walki z brutalnym żywiołem rzecznym. Wspomnienie małego, szarego obrazka podarowanego mu przez starszą, pobożną niewiastę z lokalnej społeczności okazało się silniejsze niż ból zmrożonych, odmawiających posłuszeństwa mięśni. Niewytłumaczalnym sposobem partyzant zdołał ściągnąć z nóg oba grube buty podczas pływania. Uratowało to jego cenne życie. Niesiony bardzo silnym nurtem rzecznym zdołał przepłynąć i ostatecznie dotrzeć do bezpiecznego, błotnistego brzegu, oddalając się bezpiecznie od strefy ostrzału. Upadł tam całkowicie wyczerpany na brzeg w formie małego, naturalnego półwyspu.
Przeżycie takiej ekstremalnie trudnej nocy i wędrówka przez ostre jak szkło pieńki ciętej wikliny raniące do krwi jego bose stopy to wyczyn niemal nadludzki. Znalezienie bezpiecznego schronienia u całkowicie przypadkowego rolnika nad ranem pokazuje z kolei wyraźnie ogromną rolę anonimowej ludności cywilnej w sprawnym funkcjonowaniu wojskowego państwa podziemnego. Mimo ryzyka wymierzenia natychmiastowej, okrutnej kary śmierci za udzielenie chociażby najmniejszej pomocy polskim partyzantom, postawa patriotycznych cywilów masowo ratowała cenne życie tym młodym “chłopcom z lasu”. Mieszkaniec wsi odważnie otworzył okno, wymył jego zakrwawione i ubłocone ciało, dał mu suche, ciepłe ubranie i bezpieczne miejsce w swoim własnym łóżku. Potem przetransportował go bezpiecznie ukrytego w wozie poza zasięg wzroku niemieckich patroli poszukujących śladów krwi w okolicy. Bez tak heroicznej odwagi anonimowych rolników żaden duży oddział partyzancki po prostu nie przetrwałby srogiej, leśnej zimy na prowincji.
Ostatnie zacytowane fragmenty oryginalnego reportażu niosą ze sobą wyjątkowy, historyczny ciężar emocjonalny. Przedstawiają prawdziwe, często bardzo ponure powojenne losy głównych, dzielnych bohaterów tej partyzanckiej relacji. Uświadamiają nam one dzisiaj w pełni wielki tragizm losów całego wojennego pokolenia Polaków. Ten specyficzny i krótki fragment tekstu pozwala wyraźnie dostrzec fakt, że koniec wielkiej II wojny światowej na wschodnich terenach Polski wcale nie oznaczał upragnionej wolności i spokoju. Rok 1945 przyniósł po prostu kolejną, drastyczną zmianę okupanta terytorialnego. Totalnie zniszczone i wykrwawione przez niemieckich hitlerowców polskie państwo wpadło gładko w strefę brutalnych wpływów Związku Radzieckiego. Nastała bardzo długa noc mrocznej i brutalnej epoki stalinowskiej.
Żołnierze Armii Krajowej, zwłaszcza weterani walczący wcześniej na Ziemi Sandomierskiej, nie mogli absolutnie liczyć na powojenny spokój ani uznanie ich wielkich zasług za walkę z hitlerowcami. Byli wręcz masowo ścigani jak najgorsi zbrodniarze. Ich dalsze, osobiste losy potoczyły się niezwykle dramatycznie i wręcz niesprawiedliwie. Marian Gaj, ukrywający się pod partyzanckim pseudonimem “Cap”, niestety nie dożył ostatecznego końca okrutnej wojny. Zginął w zaledwie rok po opisywanych, dramatycznych wydarzeniach związanych ze Szczucinem. Został zastrzelony w lokalnej potyczce zbrojnej pod Osiekiem, śmiertelnie raniony pociskiem w swoje drugie, wciąż sprawne oko. Był to cios w serce oddziału. Został po cichu pochowany przez kolegów na małym wiejskim cmentarzu parafialnym zlokalizowanym w Sulisławicach. Równie ponuro i zupełnie bezsensownie zakończyło się młode życie Bolesława Szeląga “Błyskawicy”. Przeżył on postrzał w prawe płuco. Wielokrotnie był później jeszcze ranny w innych trudnych bitwach leśnych. Po zakończeniu wojny w bardzo niejasnych okolicznościach utonął w głębokim, czarnym stawie położonym w miejscowości Skotniki koło Sandomierza.
Niezwykle gorzka, pełna żalu i złości jest jednak krótka wzmianka partyzanta Mazgaja o swoim szanowanym dowódcy, kapitanie Tadeuszu Strusiu “Kaktusie”. Wysoko wykwalifikowany oficer Wojska Polskiego i inżynier musiał zmierzyć się z potężnym aparatem państwowym u progu nowej epoki. “Kaktus” wykazał się przecież niezwykłą, ponadprzeciętną odwagą dowodząc II batalionem sandomierskim w największej bitwie o wolną Polskę. Mimo to musiał zmierzyć się twarzą w twarz z nową, bezlitosną dyktaturą komunistyczną, która zainstalowała się na radzieckich czołgach. Marian krótko wspomina ze smutkiem, że ten mądry i wspaniały bohater narodowy “gnije w komunistycznym więzieniu”. Potwierdzają to późniejsze, obiektywne i naukowe badania. Oficerowie elitarnego Kedywu tacy jak Tadeusz Struś byli brutalnie, fizycznie torturowani nocami i hurtowo skazywani na absurdalne, długoletnie wyroki stalinowskiego więzienia. Trafiali do wilgotnych karcerów poprzez wyroki nowo powołanych Urzędów Bezpieczeństwa w całkowicie sfingowanych i kłamliwych procesach politycznych. Fałszywie oskarżano ich o zdradę interesów narodu i tajną współpracę z faszystami. Robiono to mimo faktu, że ci sami oficerowie przez lata każdego dnia oddawali swoją młodą krew za wolną Rzeczpospolitą Polską i zabijali na rozkaz niemieckich urzędników. Inżynier i żołnierz “Kaktus” nie zdołał w ten sposób uniknąć bardzo ponurego i trudnego losu zwanego dziś losem Żołnierzy Wyklętych. Był jednym z tysięcy Niezłomnych, którzy zapłacili najwyższą cenę po wojnie.
Szczęśliwe ocalenie młodego życia w wezbranych, zimnych nurtach rzeki Wisły nadało jednak całkowicie nowe, głębokie i duchowe znaczenie egzystencji samego Mariana Mazgaja. Traktując z całą stanowczością swój nocny ratunek jako stuprocentowy, absolutny cud, młody partyzant o pseudonimie “Kozak” złożył w samotności i ciemności poważną, dożywotnią obietnicę. Obiecał dobrowolne poświęcenie reszty swojego darowanego życia pracy dla służby Bogu. Słowa dotrzymał w pełni. Po definitywnym zakończeniu głośnych działań wojennych w Polsce przystąpił do edukacji teologicznej. Spełnił dawne przyrzeczenie. Ukończył wymagające studia i z rąk biskupa przyjął z dumą upragnione święcenia kapłańskie. Niestety, w wyniku szybko rosnących i narastających w siłę represji politycznych aparatu systemu komunistycznego, wymierzonych w cały Kościół Katolicki, ksiądz “Kozak” również musiał w pośpiechu na zawsze opuścić swoją ukochaną polską ojczyznę. Przebywał on przymusowo poza docelowymi granicami Polski, zasilając ogromne i smutne szeregi emigracji. Przebywał za wielkim oceanem w Stanach Zjednoczonych. Nigdy jednak w głębi swojego czułego serca nie porzucił dawnej żołnierskiej idei, aby codziennie i sumiennie pracować dalej dla polskiego “Boga i Ojczyzny”. Na dalekiej obczyźnie przelał na papier i bezpiecznie zgromadził bezcenne notatki ze swojej wczesnej młodości. Następnie zdołał oficjalnie i starannie wydać drukiem swoje wszystkie historyczne wojenne wspomnienia. Ocalił on w ten żmudny sposób przed pewnym zapomnieniem pamięć o swoich dawnych, ukochanych “chłopcach z lasu”. Wielu z tych mężnych chłopców pozostawało w bezimiennych, nieodnalezionych po dziś dzień, mrocznych leśnych grobach rozsianych po sandomierskiej krainie.
Walka z brakiem pamięci i szerzącym się zanikiem zainteresowania młodszych pokoleń dziejami własnej małej ojczyzny pozostaje naszym bezwzględnym zadaniem publicznym. Chcemy ocalić od zapomnienia takie historie. Chłopcy z lasu tacy jak Marian, Bolesław, Tadeusz czy Tomasz – których dawniej po cichu znaliśmy tylko i wyłącznie z utajnionych pseudonimów konspiracyjnych nadawanych podczas ponurych i niebezpiecznych przysiąg na krucyfiks i orła w świetle słabych latarek z dala od miast, wracają dzisiaj po cichu do naszej trwałej pamięci i do mroków starych historii. Pokolenie, które nie pytało o osobistą cenę i poświęciło wręcz natychmiast wszystkie swoje marzenia, pasje, zakochane serca, prywatne cele życiowe i plany na najbliższą zawodową i naukową przyszłość, stawiając to wszystko bez wahania na szalę dla nadrzędnego dobra okupowanego kraju. Ryzykowali wszystko i oddawali bez zająknięcia bezcenne młode życie na obcym ołtarzu wojny. Wszystko w imię przetrwania jednej, niepodległej, silnej i prawdziwie wolnej od obu totalitaryzmów Ojczyzny. Z dumnym i wolnym narodem polskim nowo odbudowanym z powojennych zgliszcz. Cześć Ich Pamięci!
Więcej na temat Ataku na most w Szczucinie – 19 listopada 1943 r. przeczytacie na stronie www.akokregkielce.pl
POSŁUCHAJ PODCASTU:
Dziękujemy za Twój czas! Każda przeczytana historia to kolejny krok w odkrywaniu przeszłości Połańca. Portal polaniec.com.pl tworzony jest z pasji do historii naszej małej ojczyzny. Jeśli znasz ciekawą historię, posiadasz stare fotografie lub dokumenty dotyczące Połańca i okolic, podziel się nimi z nami. Chcesz dołożyć swoją cegiełkę? Czekamy na Twoją opowieść! Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na Facebooku.







